Makaron z krewetkami w sosie cytrynowym

makaron krewetki 022

Uwielbiam makaron. Uwielbiam w zupie pomidorowej, w rosole, w zapiekance i po prostu z szybkim sosem na obiad. Jedyne dania makaronowe, na widok których chce mi się płakać, to łazanki z kapustą oraz makaron po bolońsku w polskim stylu.

Łazanki na tłusto z kapustą są takim daniem-koszmarkiem z dzieciństwa. Były wielkie łzy każdorazowo nad talerzem i zupełny brak uznania dla rodzicielki, która ten makaron ręcznie zagniatała, rozwałkowywała i kroiła. Tylko żal i zniechęcenie, dłubanie widelcem w potrawie, pociąganie nosem oraz składana samej sobie obietnica, że nigdy we własnym domu nie będę tym straszyć rodziny.

Makaron utopiony w rzadkim sosie pomidorowym z grudami mielonego mięsa oraz przypadkowymi jarzynami to dzieło, które jadłam w wielu polskich domach, a jego wielkimi fanami są mąż i Króliczka. W smaku nie jest złe, ale do jedzenia należy siadać w fartuchu laboratoryjnym, ściany wokół stołu zasłaniać folią malarską i dopiero przystępować do konsumpcji – najlepiej z łyżką w trzeciej ręce jak u inspektora Gadgeta.

Łazanek w moim domu nie ma i raczej nie będzie. Natomiast makaron z sosem gotujemy na zmianę. Raz jest pycha-pycha moje danie, a raz nie-wiem-czy-to-zupa-czy-to-gulasz męża, czyli słynne polskie spaghetti po bolońsku. To się nazywa sztuka kompromisu w małżeństwie…

makaron krewetki 023

LINGUINE Z KREWETKAMI W SOSIE CYTRYNOWYM

  • 350 g makaronu linguine
  • 400-450 g krewetek (królewskich)
  • 250 ml wywaru warzywnego
  • 60 ml soku z cytryny
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 120 ml świeżej, słodkiej śmietany
  • 3 ząbki czosnku
  • ½ łyżeczki suszonych krążków chili
  • 1 łyżka masła
  • 1 łyżka oliwy
  • świeżo zmielony pieprz
  • sól
  • posiekana natka pietruszki do przybrania

Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę lub rozgniatamy. Jeśli mamy krewetki w całości, musimy je sprawić. Makaron gotujemy w osolonej wodzie wg instrukcji na opakowaniu. Po ugotowaniu odcedzamy, ale zostawiamy trochę wody.

Oliwę rozgrzewamy na dużej patelni na średnim ogniu. Dodajemy jeden rozgnieciony ząbek czosnku i chili, mieszamy i wrzucamy sprawione krewetki. Gotujemy 3-5 minut (aż krewetki zrobią się różowe), wtedy przekładamy je na talerz.

Na tę samą patelnię wlewamy wywar warzywny, sok z cytryny oraz dodajemy pozostały czosnek. Zagotowujemy. Gotujemy 2-3 minuty, drewnianią szpatułką zeskrobując przywarte drobiny z dna patelni. Zminiejszamy ogień i gotujemy jeszcze 5 minut, po czym dodajemy masło i mieszamy, aż się roztopi.

Dodajemy otartą skórkę z cytryny oraz śmietanę. Gdy zacznie się delikatnie gotować, doadajemy krewetki i odcedzony makaron. Mieszamy, by sos dokładnie oblepił makaron. Jeśli sos jest zbyt gęsty dodajemy kilka łyżek wody z gotowania makaronu. Przyprawiamy pieprzem. Nakładamy na talerze, posypująć posiekaną natką pietruszki.

makaron krewetki 021

(wg „Easy Food” April 2016 z moimi zmianami)

Sundae z kremem rabarbarowym

rhubarbdeser 023

– Deser w tej niebieskiej szklance – moje dziecko postanowiło za mnie, do czego wykorzystać krem rabarbarowy. Więc stałyśmy razem nad słoikiem, każda łychę kremu wpakowała do buzi i myślałyśmy, z czym będzie się najlepiej komponować.
– Z bitą śmietaną, mamo! Z bitą śmietaną wszystko smakuje dobrze! – rezolutnie uznała Króliczka.
– Z migdałami będzie dobre – stwierdziłam i od razu zajrzałam do szafki, żeby sprawdzić, czy się jakieś ciasteczka amaretti uchowały przed apetytem męża.
– No dobrze, ale śmietana i tak powinna być! – Malutka przypieczętowała recepturę dobitnie swoją koncepcją smakową.

Nie jestem przygotowana na niezależność mojego dziecka. Szczególnie kiedy na rękach trzymam młodsze, nie bardzo potrafię się pogodzić z odfruwaniem ode mnie starszego. Kolejne kamienie milowe pokonujemy, ale dla mnie to za szybko. Mam wrażenie, że Króliczka pędzi, a ja za nią truchtam z zadyszką. I z rozdwojeniem jaźni. Bo z jednej strony Malutka chce decydować o sobie, a z drugiej zadaje tak dziecinne pytania, że włosy siwieją jeden za drugim. Ja mam ją jedną, ale jej nauczyciel zupełnie osiwiał w tym roku. Nie dziwię się. Króliczka pomnożona przez dwadzieścia kilka… Boże, czy ten człowiek w ogóle jeszcze pamięta, jak się nazywa?!

rhubarbdeser 025

rhubarbdeser 024

Kruszę te ciastka, wyładowując na nich frustrację, mniejsze dziecko ciągnie mnie za nogawkę, dzierżąc w łapce ukochaną książkę o znienawidzonych już przeze mnie kolorach warzyw i owoców, a większe odrabia zadanie z matematyki. Nagle podnosi głowę znad zeszytu i się krytycznie przygląda…
– Ale z ciebie czupiradło, Mamo!
– Dzięki córciu – syczę pod nosem, kierując mordercze myśli w stronę migdałowych amaretti.
– Ale nie masz jeszcze zmarszczek, Mamo! Naprawdę, widziałam już wielu zwiotczałych ludzi… – małe nie zna umiaru i brnie dalej.
– Ty też kiedyś się zestarzejesz – odpowiadam, tłukąc z impetem ciastka.
– Wiem, Mamo, ale nie tak szybko jak ty. Ty sobie niszczysz skórę, bo się malujesz! – oświeciła mnie córka ukochana i wróciła do arytmetyki.
Cud, że tym wałkiem dziury w blacie nie zrobiłam…

rhubarbdeser 031 small

SUNDAE Z KREMEM RABARBAROWYM

  • opakowanie ciastek amaretti
  • krem rabarbarowy (przepis tutaj)
  • 250 ml słodkiej śmietany (latem pół na pół z lodami śmietankowymi)
  • płatki migdałowe

Śmietanę ubijamy. Odkładamy kilka ciasteczek do dekoracji a pozostałe rozkruszamy (wkładamy do woreczka i rozkruszamy wałkiem). Ciasteczka, krem rabarbarowy i śmietanę układamy warstwami w wysokich szklankach lub w pucharkach. Dekorujemy płatkami migdałowymi i pojedynczymi ciasteczkami amaretti.

rhubarbdeser 028 small

Krem rabarbarowy

rhubarb curd 01

Wyspiarze nazywają go curd, co zawsze wprawia mnie w zakłopotanie. Bo słowo ma dwa „kulinarne” znaczenia. Curd to zsiadłe mleko na twaróg, ale poprzedzone nazwą owocu staje się maślanym kremem zbliżonym do custardu, czyli wyspiarskiego odpowiednika budyniu. Custard i fruit curd różnią się przede wszystkim tym, że pierwszy można jeść bez niczego, a drugi jest zbyt maślany, by nadawał się do konsumpcji prosto ze słoika. Aczkolwiek mojej rodzinie to wcale nie przeszkadzało – jedno podjadało łyżeczką, a drugie palcem…

Kiedy słyszę, że ktoś zrobił jakąś tartę with curd, to zawsze mam wątpliwość, czy jest to słodka, owocowa tarta, czy może bardziej quiche, choć na ogół chodzi o tę pierwszą. Jak widać, angielski też bywa kłopotliwy i wcale nie jest trudno się w nim zaplątać…

Krem z rabarbaru można wykorzystać to tostów, słodkich bułek, jako wypełnienie spodu tarty lub część składową deseru. Krem można również przechowywać – jeśli jeszcze ciepłym napełnicie wysterylizowane słoiki, to możecie trzymać go w lodówce przez 2 tygodnie. Czasami warto przygotować część produktów wcześniej, szczególnie wtedy, gdy mamy naprawdę dużo do przygotowania – na przykład przed świętami lub na dużą uroczystość rodzinną. Wtedy każda minuta jest na wagę złota, więc stojące w lodówce „części składowe” okazują się być wielce pomocne.

W jaki sposób wykorzystałam mój owocowy curd napisze w kolejnym odcinku, ale to nic nie szkodzi, bo przecież nie trzeba go zjeść od razu!

rhubarb curd 21

KREM RABARBAROWY, CZYLI RHUBARB CURD

  • 120 g miodu
  • 2 jajka
  • 300 g rabarbaru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 60 ml wody
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 60 g masła

Miód z jajkami ucieramy w misce, aż się dobrze połączą. Odstawiamy na bok.

Rabarbar kroimy, wkładamy do rondla, dodajemy sok z cytryny, wodę i ekstrakt z wanilii. Mieszamy i wstawiamy, żeby się zagotował. Zmniejszamy ogień i gotujemy jeszcze 5-7 minut, aż rabarbar zupełnie zmięknie. Wlewamy pomału zawartość rondla do miski z miodem i jajkami, mieszając.

Wszystko przelewamy ponownie do rondla, stawiamy na średnim ogniu i gotujemy przez 8-10 minut, cały czas mieszając. Gdy krem zgęstnieje, zdejmujemy z ognia i dodajemy pokrojone w kostkę masło. Blendujemy na gładko. Przekładamy do wysterylizowanych słoików i przechowujemy w lodówce do dwóch tygodni.

rhubarb curd 23
(przepis „Easy Food” September 2015)

Zupa ogórkowa na żeberkach wieprzowych

ogorkowa 022

Święta wielkanocne przyniosły mi takie ciekawe spostrzeżenie, że własny blog zamiast tradycyjnego zeszytu z przepisami to (przynajmniej dla mnie) strzał w dziesiątkę. Właściwie przez całe święta gotowałam dania, które mam zarchiwizowane tutaj. Przede wszystkim dlatego, że duże uroczystości są nieodpowiednie dla eksperymentów. Lepiej postawić na sprawdzone przepisy, kiedy mamy gości i gdy nam zależy na odpowiednim efekcie. Eksperymenty w kuchni lepiej zostawić sobie na luźniejsze czasy, z uwagi na ryzyko niepowodzenia lub konieczności modyfikacji przepisu, która wyjdzie nam – jak to się mówi – w praniu. A po drugie dlatego lubię mój blog, że tutaj mam ostateczne wersje przepisów – dopracowane, dokładnie opisane, opatrzone, gdzie trzeba, komentarzem. Okienko do wyszukiwania też ułatwia zadanie, a do tego można mieć kilka przepisów otwartych równocześnie w osobnych oknach.

Był więc m. in. staropolski żur i chowder, była ryba na purée z groszku i sałatka ziemniaczana, była kaczka świąteczna i cassoulet z irlandzkich kiełbasek. Wszystko pyszne i zjedzone ze smakiem. Eksperyment chciałam przeprowadzić na jajkach… Po ubiegłorocznym sukcesie w barwieniu kapustą i kurkumą, postanowiłam nie siadać na laurach i wypróbować kolejne barwniki – buraki i szpinak. No cóż, nie mam się czym pochwalić… Mam jednak mocne postanowienie zbadania sprawy i uzyskania odpowiedzi, co poszło nie tak, bo buraki ufarbowały mi jajka na kolor błotnej kałuży, a szpinak tylko lekko podbarwił na zielono.

ogorkowa 021

Na otarcie łez zrobiłam nam pyszną ogórkową, która chodziła za mną już od jakiegoś czasu. Nie jadłam ogórkowej od lat, a po ogórasy trzeba wybrać się do polskiego sklepu, czyli do miasta. Wiecie jak ciężko wieśniakowi wybrać się do miasta?! Wieśniak posłał w końcu męża do sklepu, bo mąż pracuje w mieście, więc trudno mu się wymigać. Nie robiłam też ogórkowej, bo kiedyś obrzydziła mi ją znajoma, która wlała do garnka – uwaga! – całą miskę śmietany zmieszanej z mąką. Bo zupa musi być, żeby łyżka w niej stała… Udało nam się wtedy wymigać od poczęstunku wątpliwej jakości, ale widok garnka oblepionego od środka mącznym kożuchem długo mnie prześladował…

 

ogorkowa 025

ZUPA OGÓRKOWA

  • ½ kg żeberek wieprzowych
  • 1/5 selera
  • kawałek pora (ok. 20 cm)
  • 2 marchewki
  • 1 pietruszka
  • 5 średnich ziemniaków
  • 6 dużych ogórków kiszonych
  • pół pęczka koperku
  • sól
  • śwież zmielony pieprz
  • 120 ml śmietany (12%)

Żeberka wkładamy do sporego garnka. Por dokładnie myjemy, seler i pietruszkę obieramy. Warzywa dokładamy dożeberek, zalewamy wszystko wodą i gotujemy na średnim ogniu przez godzinę.

Marchewki i ziemniaki obieramy i kroimy w kosteczkę. Z ugotowanego wywaru wyjmujemy por, seler i pietruszkę, a wkładamy pokrojone ziemniaki i marchew. Gotujemy przez 15 minut. Ogórki kroimy w cienkie plasterki, dodajemy do zupy i gotujemy jeszcze 5 minut.

Wyjmujemy z zupy żeberka, z których usuwamy kości, a mięso kroimy. Koperek siekamy. Śmietanę hartujemy kilkoma łyżkami zupy, wlewamy do zupy i dodajemy koperek. Doprawiamy solą i pieprzem i podajemy z mięsem z żeberek.

ogorkowa 026

(przepis wg Smaki Życia)

Burgery z marchewki, cukinii i halloumi z dressingiem z tahini

burgery 021

… czyli jak nie zostać jaroszem!

Są pyszne, są sycące, są kolorowe. Wyglądają tak zachęcająco, że naprawdę chce się je zrobić. Ale ich produkcja to droga przez mękę. Bieg surwiwalowy przez bagna i chaszcze. Pot, brud i łzy.

Dosłownie, bo burgery zyskują swoją formę dopiero po odwróceniu ich na patelni. Wcześniej po prostu się nie zlepią na tyle mocno, by móc je byle jak przełożyć. Ale zanim w ogóle położycie je na patelnię, trzeba je mniej więcej uformować, odciskając sok, który zabarwi wam dłonie na pomarańczowo. Położone na patelni trzeba pilnować, żeby się nie rozpadły, no a potem trzeba je obrócić, przytrzymując drugą ręką, a przy tym uważać, żeby się nie oparzyć. O sprzątaniu nie wspominam, bo to kwestia indywidualna – u mnie dla przykładu zawsze jest pobojowisko…

Jeśli więc krąży wam myśl o wegetarianizmie, ale raczej szukacie pretekstu, by tę myśl odegnać precz, to jest to przepis dla was. Co prawda niebo w gębie, ale życia nie starczy, by się tak mordować. Jeśli jednak potrzebujecie pretekstu w drugą stronę, to kupcie sobie kaczkę w Lidlu – 45 minut wyskubywania resztek piór skutecznie zohydzi wam obiad.

Do odważnych świat należy, toteż nie wątpię, że znajdą się amatorzy marchewkowych burgerów. Kto wie, może nawet znajdziecie jakiś patent na ułatwienie sobie pracy. Ja nawet zastanawiałam się nad użyciem okrągłych foremek, żeby utrzymać masę w jednym miejscu na patelni. Ostatecznie uznałam, że dam radę, w końcu nie takie przygody w kuchni miałam. Ogumienie z piekarnika mi na przykład opadło na rękę, gdy wyjmowałam muffiny – blizny już praktycznie nie widać. Wybuch puszki mleka skondensowanego to było coś, chociaż wtedy to nie była moja puszka. Wiec „sypkie” burgery, to już naprawdę lekki kaliber kuchenny.

A dressing z tahini możecie zrobić sobie i bez burgerów. Będzie idealny do wszystkiego, co zawiera marchewkę.

burgery 024

burgery 023

BURGERY Z MARCHEWKI, CUKINII I HALLOUMI  Z DRESSINGIEM Z TAHINI

Dressing:

  • 120 ml jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki tahini
  • 2 łyżki soku z limonki
  • 1 łyżeczka syropu klonowego
  • szczypta soli

Burgery:

  • 200 g halloumi
  • 1 duża marchewka
  • 1 mała cukinia
  • kilka gałązek świeżej mięty lub kolendry
  • sezam

oraz:

  • dobre, chrupiące bułki
  • mieszanka sałat
  • czerwona kapusta ze słoika
  • awokado

Wszystkie składniki dressingu mieszamy ze sobą.

Marchewkę i cukinię obieramy i razem z serem ścieramy na dużych oczkach. Z gałązek mięty lub kolendry odrywamy liski i drobno siekamy. Marchewkę, cukinię, halloumi i miętę mieszamy w misce, a następnie formujemy 6 kotlecików. Obtaczamy każdy w sezamie.

Rozgrzewamy patelnię (odpowiednią do smażenia bez tłuszczu), smażymy kotleciki z obu stron. Bułki rozcinamy, spody smarujemy dressingiem, układamy na nich liście sałaty, na to plasterki awokado, na nich kotleciki marchewkowe, na nich kapustę czerwoną i przykrywamy wierzchami bułek. Podajemy z pozostałym dressingiem.

burgery 022

(przepis wg „Good Food” April 2016)

Twarożek ziołowy, czyli co zrobić z rzeżuchą po świętach

twarozek 027

Taka „trawka” z rzeżuchy to piękny akcent na wielkanocnym stole. Może być posiana praktycznie w każdym naczyniu, więc pasuje do niemal każdej koncepcji dekoracyjnej. Pięknie wyglądają ułożone wokół niej (lub bezpośrednio na niej) jajka, które na takim tle nie potrzebują być zdobione. Baranek wielkanocny również zyska wiosenną oprawę, gdy będzie „pasł się” na rzeżuchowym pastwisku. Można wykorzystać ją wraz z innymi ziołami w małych doniczkach jako jadalną ozdobę stołu, którą można skubać w trakcie posiłku! Niestety często zapominamy ją zjeść – nie wszyscy lubią ostry smak rzeżuchy, a czasem po prostu brakuje nam pomysłu na jej wykorzystanie.

Wydaje mi się, że pomysłów zrodziłoby się wiele, gdyby każdy posiadacz rzeżuchowej rabatki zobaczył w niej kiełki. Kiełki już wiele lat temu zagościły w naszych kuchniach i choć szał na nie nieco minął, w wielu domach stały się oczywistym składnikiem codziennych dań. Rzeżuchę można więc dodać wszędzie tam, gdzie dodajemy kiełki lucerny czy brokułu. Jeśli posiadamy jej całe pole, to nawet można zrobić z niej zupę rzeżuchową (przepis znajdziecie w numerze wiosennym „Maszketów” sprzed dwóch lat). Resztkę mojej rzeżuchy zużyłam wraz z koperkiem i szczypiorkiem do zrobieni pysznego, wiosennego twarożku do chleba. Trochę oldschoolowo, ale dla mnie to wspomnienie dzieciństwa.

twarozek 021

TWAROŻEK ZIOŁOWY

  • twarożek (opakowanie 250 g)
  • ½ pęczka koperku
  • ½ pęczka szczypiorku
  • duża garść rzeżuchy
  • świeżo zmielony pieprz kolorowy
  • sól

Zioła siekamy, mieszamy z twarożkiem. Przyprawiamy do smaku solą i pieprzem. Podajemy jako pasta do chleba albo jako dodatek do wędlin lub wędzonego łososia.

twarozek 029

Zwyczaje wielkanocne w Irlandii

hot cross buns_

Zostałam poproszona o artykuł o świątecznych zwyczajach w Irlandii dla magazynu „Maszkety”, którego wielkanocny numer ukazał się już dobrych kilka tygodni temu. Niniejszy tekst jest wersją wzbogaconą o osobiste komentarze – dotyczące mojej rodziny, parafii i wsi. Od strony teologicznej Wielkanoc w Irlandii niczym się nie różni od Świąt w Polsce. Różnią nas tylko ludowe zwyczaje, choć czasami wcale nie zdajemy sobie sprawy, że ta „odwieczna tradycja” jest w gruncie rzeczy młoda, lokalna i nierzadko wywodzi się z przedchrześcijańskich wierzeń…

Okres wielkanocny w Irlandii – tak samo jak w Polsce – poprzedza Wielki Post, który zaczyna się w Środę Popielcową. Przez cały dzień wszędzie natkniemy się na osoby chodzące z czołem pokrytym popiołem. Nikt go nie ściera po wyjściu z kościoła, ale chodzi z tym znakiem do wieczora, przy czym mazidło, jakiego używają irlandzcy księża, jest dość solidne. Popiół można zabrać również do domu, a za sprawą pewnej parafii w Galway rozpowszechnił się zwyczaj, żeby popiół był wystawiony przez cały dzień, aby wierni mogli go zabrać, kiedy im pasuje. W Galway wierni mogą podjechać pod bramę kościoła, by wziąć popiół, ale ksiądz w naszej parafii stwierdził, że za bardzo mu to przypomina usługę „drive” w McDonald’s, więc u nas trzeba się piechotą pofatygować do kościoła.

Poszczenie w Irlandii polega nie tylko na niejedzeniu mięsa i jajek, ale również na wyrzeczeniu się innych przyjemności – alkoholu, słodyczy a nawet powstrzymaniu się od oglądania telewizji. Chociaż w dzisiejszym, szybko laicyzującym się społeczeństwie, mało kto przywiązuje wagę do postanowień wielkopostnych, zachęca się nadal dzieci do jego praktykowania. Nasza córka rezolutnie uznała, że ona się ograniczy w byciu niemiłą dla rodziców, zaś my możemy się poprawić – ja powinnam przestać podjadać ciasteczka, a mąż pić cydr…

Czas wielkopostnej powagi przerywają dwa święta, będące zarazem „odpustem” od samego postu. 17 marca wypada dzień Świętego Patryka, patrona Irlandii, który jest barwnym, wesołym i hucznym świętem, spędzanym na paradach i niekończących się zabawach w pubach. Drugie ze świąt to Mothering Sunday – Dzień Matki, który wypada zawsze w czwartą niedzielę wielkiego postu.

Nabożeństwo w Niedzielę Palmową wygląda dokładnie tak samo jak w Polsce, ale zamiast naszych palemek Irlandczycy zabierają z kościoła krzyżyki zrobione z liści drzewa palmowego. W tym roku zaskoczona Króliczka wróciła z kościoła z gałązką tui… Ostatni tydzień przed Wielkanocą Irlandczycy sprzątają swoje domy i obejścia. Wielki Piątek to dzień ciszy – ulice są puste, sklepy (w naszej wsi zamknięty był tylko od 3 do 4 po południu ze względu na nabożeństwo) i biura pozamykane, a pracownicy wysłani na przymusowy urlop, gdyż nie jest to dzień ustawowo wolny od pracy. Ustawowo w Wielki Piątek nie wolno sprzedawać alkoholu, dlatego puby i restauracje również są przeważnie zamknięte. W tych sklepach, które są otwarte stoiska z alkoholem są zasłonięte prześcieradłami lub zablokowane barierkami. Warto o tym pamiętać, przejeżdżając do Irlandii na święta, bo wielu turystów przeciera oczy z niedowierzania. Tego dnia nie powinno się pracować poza domem, nie szlachtuje się zwierząt, unika się rozmów, o 3 po południu wszyscy udają się na nabożeństwo do kościoła, a po nim odwiedzają cmentarze i „święte studnie” (Holy Wells). W Wielki Piątek należy jeszcze odświeżyć fryzurę (obcinanie włosów tego dnia zapobiega bólom głowy), obciąć paznokcie i naszykować nowe, nienoszone nigdy wcześniej ubranie na Niedzielę Wielkanocną. Popularne jest także pieczenie słodkich, korzennych bułek z krzyżykiem – hot cross buns, a jajka zniesione przez kury tego dnia oznacza się krzyżem i zjada dopiero w Wielkanoc.

Irlandczycy odwiedzają kościół również w Wielką Sobotę, ale nie święcą pokarmów jak my. Dopiero w Irlandii przekonałam się, że święcenie jajek jest najważniejszym „świętem” dla Polaków. Takie tłumy przychodzą do polskiego księdza, że zaprasza on biskupa i odprawia godzinne nabożeństwo z obnoszeniem relikwii Jana Pawła II. Irlandczycy wody święconej używają do pobłogosławienia wszystkich domowników ( a nawet żywego inwentarza), a w niektórych rejonach zwyczajowo wypija się jej trzy łyki.

easter bonnet 32

Wielka Niedziela jest rodzinną ucztą poprzedzoną wizytą w kościele. Tradycyjnie zakładało się nowe ubranie, a dzisiaj coraz popularniejszy staje się amerykański zwyczaj zakładania „wielkanocnego czepka” przez dziewczynki, czyli zabawnie przybranego wiosennymi ozdobami kapelusza. Zrobiłam Króliczce Easter Bonnet, bo śpiewała w chórze podczas wielkanocnej mszy. Po mszy ksiądz zaprosił wszystkie chórzystki do ołtarza, żeby mogły zaprezentować swoje kapelusze.

baran 012

W Irlandii nie spożywa się szczególnego śniadania, tylko świąteczny obiad, który składa się z pieczonego mięsa – najlepiej jagnięciny – z sosem i warzywami, ciast lub deserów i dużej ilości alkoholu. Dzieci dostają czekoladowe jajka, które często muszą wpierw znaleźć podczas zabawy zwanej Easter Egg Hunt. Publiczne polowanie na jajka odbyło się też po mszy w wiejskim parku. Wielkanocny stół ozdabiają zajączki, kurczaczki, baranki, pisanki i wiosenne kwiaty. Natomiast praktycznie nie istnieje zwyczaj wysyłania kartek z życzeniami wielkanocnymi, a w sklepach jest ich niewielki wybór (chociaż asortyment bardzo się zwiększył odkąd do Irlandii przybyli… Polacy) i często przedstawiają krzyż ułożony z wiosennych, fioletowych kwiatów. W Irlandii Północnej w Niedzielę Wielkanocną organizuje się zawody sportowe – dla dzieci (np. biegi z jajkiem na łyżce) i poważne (np. wyścigi konne). Niedziela Wielkanocna jest także dniem upamiętnienia powstania wielkanocnego, które wybuchło w 1916 roku. Szczególnie w ubiegłym roku, z okazji 100. rocznicy powstania, odbyło się wiele uroczystości, koncertów, przedstawień i marszów pamięci. Wieczorem zaś Irlandczycy chętnie udają się do pobliskiego pubu, bo poniedziałek traktują bardziej jako Bank Holiday niż kontynuację świąt.