Kalendarz adwentowy z rolek…

kalendarz-015

… po papierze toaletowym.

Króliczka ma cały wór rolek po papierze toaletowym, które swego czasu zbierałyśmy, żeby zrobić papierowy zamek… Zamku nie zrobiłyśmy, a rolki cierpliwie czekały na swój czas. Jak to mawia moja koleżanka – niech leży, jeść nie woła…

Miałam zamiar jej kupić kalendarz adwentowy, ale byłam znudzona tymi sklepowymi czekoladkami, których nie da się łatwo wyłuskać, a potem jeszcze trudno ustalić, co przedstawiają. Myślałam więc o ręcznie robionych czekoladkach z francuskiej cukierni, ale akurat na facebooku ktoś wrzucił zdjęcie kalendarza piwnego – puszki piwa powkładane w rolki, które zostały umocowane w kształt choinki. Przypomniał mi się też widziany u kogoś na blogu kalendarz z pudełek po zapałkach, które w ten sam sposób sklejono na kształt drzewka świątecznego. Połączyłam te dwa pomysły i skleciłam na szybko kalendarz dla Króliczki. Nie jest najpiękniej wykończony – naprawdę mógłby być bardziej dopracowany – ale za to powstał w ekspresowym tempie i przy minimalnym nakładzie środków.

Część prac robiłam w towarzystwie zainteresowanego dziecka, ale postraszyłam ją, że robię nam choinkę świąteczną, bo tak zagracony mamy dom ich zabawkami, że na żywą w tym roku miejsca nie będzie. Króliczka patrzyła wyjątkowo sceptycznie, a im bardziej rolki zaczynały przypominać choinkę, tym bardziej była przerażona, że to będzie naprawdę nasze drzewko. Kiedy wycinałam kółeczka, oświadczyłam, że robię bombki na naszą choinkę – tu już były prawie łzy w oczach, ale dzielnie zaproponowała, że może mi te białe kółka ozdobi, żeby ładniej to wyglądało. Zabrałam jej z oburzeniem, ale obiecałam, że dam jej gotową choinkę, jeśli przestanie mi przeszkadzać.

Prezenty udało mi się przemycić niezauważenie i bez kłamstwa – powiedziałam, że idę do apteki po maść dla Chomiczka i rzeczywiście tam po to poszłam, a dodatkowo kupiłam tam bzdety i bzdury, czyli drobiazgi, których nigdy bym nie kupiła mojej córce, a które ona zawsze bardzo chce mieć. Spożywczak jest po drodze, więc słodycze też się po kryjomu kupiły. Gdy o 18 poszła na próbę musicalu, zabrałam się za montowanie podarków. Mąż popatrzył sceptycznie: Nie ma szans, nie zdążysz przed ósmą. Wysłałam go siać defektyzm na piętro, ale i tak mi przeszkadzał: Nakarmisz małego? Zjesz ze mną kolację? Przyniesiesz mi krem z dołu? Naszykujesz Chomiczkowi pidżamkę? Sprawdzisz, czy przyniosłem małemu ręcznik? Za pięć ósma wiązałam ostatni cukierek, Mąż popatrzył i oznajmił: No! Wreszcie skończyłaś, to mogę iść po Króliczkę.

kalendarz-013

Gdy wrócili, pokazałam Malutkiej, że choinka gotowa czeka na nią. Przyglądała się zdziwiona, a z kuchni dobiegł komentarz: Powiedz jej, co to jest. Przecież ja gdybym nie wiedział, co robisz, to też bym się nie zorientował, co to ma być. Dzięki Mężu za wsparcie… Króliczka oczywiście wiedziała, co to ma być, ale była zaskoczona i… zachwycona. Fajnie być najlepszą mamą na świecie dla swojego dziecka!

W tym roku już za późno, żeby zrobić sobie taki kalendarz, ale to odpowiedni czas, by zacząć zbierać rolki po papierze na przyszły rok. Zamiast kalendarza, możecie też zrobić sobie samą choinkę do ozdoby – wygląda bardzo „studencko”.

kalendarz-011

Najważniejszy jest dobór rolek – muszą być tej samej wielkości, a wierzcie mi, każdy producent ma inny rozmiar; różnią się między sobą minimalnie, ale jednak się różnią. Poza tym muszą być to bardzo sztywne rolki, wykonane z porządnej, grubej tektury, żeby nie zgniotły jedne drugich, kiedy włożymy do nich podarunki. Rolki przed sklejeniem w choinkę można oczywiście pomalować lub okleić pięknym papierem, mnie gonił czas, więc pozostały nagie. Układamy je dla orientacji w choinkę, a następnie sklejamy poszczególne rzędy. Najwygodniej ustawić je pionowo, po kolei każdą smarować klejem uniwersalnym (takim i do papieru, i do metalu) i doklejać jedną do drugiej, dociskając. Jeżeli macie wrażenie, że rolki nie są zbyt mocno połączone, użyjcie zwykłych spinaczy na brzegach – przytrzymają rolki w miejscu na czas schnięcia kleju. Kiedy wszystkie rolki są już sklejone w rzędy, zostawiamy je, by klej wysechł.

Następnie zdejmujemy spinacze i przystępujemy do konstruowania choinki. Przyda się jedna zapasowa rolka, żeby zaznaczyć w którym miejscu mamy smarować klejem. Zaczynamy od najdłuższego rzędu, czyli spodu „zielonej” części choinki i mocujemy na nim kolejny „zielony” rząd. Zapasową rolkę układamy w miejscu, gdzie powinna trafić rolka z następnego rzędu i zaznaczamy miejsca styczności – w tych miejscach na całej długości rolki, będziemy smarować klejem. Pracujemy sprawnie, by klej nam nie wysechł – najpierw zaznaczamy miejsca wszystkich rolek, wszystkie smarujemy klejem, układamy kolejny rząd, dociskamy. Miejsca, które mają szanse się skleić, ale potrzebują przytrzymania, spinamy na brzegu spinaczami. Miejsca, które mimo wszystko się nie chcą połączyć, zostawiamy. Klej i tak będzie niewidoczny (można wcześniej przymierzyć i zaznaczyć te miejsce, by nie smarować niepotrzebnie klejem). Kontynuujemy, aż do ostatniej rolki. Gdy wyschnie klej, „zieloną” część naklejamy na trzy pozostałe rolki tworzące „pieniek” choinki.

Jeżeli macie zamiar ustawić choinkę luzem, nie pod ścianą, to jeszcze musicie zakleić tył. Odrysujcie kształt choinki na papierze, wytnijcie, przyklejcie (klejem smarujemy rolki, nie papier, żeby nam się prezenty do tej tylnej ścianki nie przyczepiły), odstawcie do wyschnięcia.

kalendarz-012

Napełnić rolki można już zapakowanymi prezentami – np. w pakunek z bibułki, którego dno wypchacie lub usztywnicie kółkiem z kartonika. Ja byłam pod presją czasową i również sposób „nadziewania” choinki pozostawia sporo do życzenia. Z kartonu wycięłam 24 kółka o średnicy o milimetr mniejszej niż średnica rolki. Linijkę i cyrkiel znajdziecie w piórniku dziecka (tylko odłóżcie potem na miejsce, bo będziecie mieć chryję o ruszanie cudzych rzeczy bez pytania…). Wycięte kółeczka przyklejałam klejem szkolnym (z dziecięcego plecaka) do… stron gazetki świątecznej Lidla sprzed dwóch lat. Odkładam sobie takie rzeczy, żeby właśnie później wyciąć z nich różne detale, a lidlowe są naprawdę dobrze zaprojektowane. Więc te wszystkie zielone gałązki, pomarańcze itd. to fragmenty ulotki reklamowej. Najlepiej przyklejać, patrząc pod światło – łatwiej wtedy ułożyć kartonik we właściwym miejscu… Gdy klej wyschnie, wycinamy. Gotowym kartonikom trzeba nakleić lub narysować numerki (zużyłam jakieś stare naklejki, pozostałe cyfry wycięłam z cen ze wspomnianej gazetki, kilka napisałam wodoodpornym cienkopisem).

Prezent trzeba jakoś wyłuskać. Sposób elegancki: doklejamy do spodniej strony kartonika zawinięty podarek oraz kawałek wstążeczki, którą formujemy w pętelkę i jej drugi koniec przyklejamy przy pierwszym. Sposób widoczny na zdjęciu: robimy dziurkę w kartoniku, przewlekamy złożony na pół sznurek (lub wstążeczkę), od spodniej strony zawiązujemy supełek, przytrzymując pętelkę po zewnętrznej stronie, na końcu sznurka przywiązujemy cukierki oraz drobne przedmioty (te których nie da się po prostu przywiązać, zawijamy w kawałek szmatki, folii, bibułki lub w cokolwiek innego i dopiero takie zawiniątko przywiązujemy sznurkiem. Prezenty wsuwamy w rolki – dzieciom, które nie znają jeszcze cyferek ułóżcie numerki kolejno, tym które znają zróbcie rozsypankę. Jak macie fantazję, to doczepcie na czubku gwiazdę! Gotową choinkę ustawcie na udekorowanym świątecznie parapecie lub tak jak ja – na nieudekorowanej półce nad kominkiem, gdzie szesnastomiesięczne maluchy nie dosięgają!

kalendarz-014

Sos grzybowy

sos-grzybowy-021

Sosy są kwintesencją smaku i charakterystyczną nutką każdej niemal kuchni. Francuzi mają beszamel i pochodny jemu sos Mornay, Anglicy sos Cumberland, Irlandczycy sos miętowy, a polska kuchnia słynie z sosu szarego i sosu tatarskiego. Sos grzybowy z maślaków znany jest w całej Europie Środkowej, czyli tam, gdzie grzyb ten występuje pospolicie.

Tradycyjnie gotowany jest ze świeżych grzybów duszonych w śmietanie na wolnym ogniu. W Irlandii muszą wystarczyć mi suszone grzyby, a do tego postanowiłam zrobić nieco odchudzoną wersję. Mogłam zrezygnować z zasmażki lub ze śmietany. Bez śmietany w sosie dominuje smak grzybów, który nie jest niczym złagodzony, a bez zasmażki sos byłby rzadki. Ponieważ miał być podany z kluskami, zależało mi, żeby był jednak dość gęsty. Do makaronu na przykład mógłby być sobie rzadki.

Sosy mają wielorakie zastosowania – mogą być tym elementem dania, który nadaje mu smak i nazwę, mogą być tylko dodatkiem, kilkoma kroplami na talerzu, mogą być też integralnym składnikiem potrawy. Dlatego warto mieć w zasięgu ręki kilka sprawdzonych przepisów, by w razie potrzeby nie głowić się nad techniką ich przygotowania lub w pośpiechu nie sięgać po sosy w proszku, których popularność naprawdę zaskakuje, bo zrobienie sosu w domu nie wymaga wiele wysiłku i umiejętności. Szczerze mówiąc, odpowiednie wymieszanie takiego sosu z torebki wymaga więcej zachodu niż zrobienie zasmażki!

sos-grzybowy-025

SOS GRZYBOWY

  • 20 g suszonych maślaków
  • 2 listki laurowe
  • 3 ziarnka ziela angielskiego
  • 1 cebula
  • 3 łyżki masła
  • 1 łyżka mąki
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz
  • natka pietruszki do ugarnirowania

Grzyby oczyszczamy i namaczamy na noc.

Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Grzyby gotujemy w wodzie, w której się moczyły, z dodatkiem listków laurowych i ziela angielskiego. Na patelni rozgrzewamy łyżkę masła, na którym szklimy cebulę. Grzyby wyławiamy łyżką cedzakową i kroimy. Dodajemy do cebuli, chwilę smażymy razem, po czym podlewamy wywarem grzybowym.

Na drugiej patelni robimy zasmażkę z 2 łyżek masła i łyżki mąki. Mieszamy cały czas trzepaczką, a gdy uzyskamy konsystencję pasty, rozprowadzamy wywarem z grzybów. Cały czas mieszamy, by nie było grudek. Zasmażkę dodajemy do usmażonych grzybów, wlewamy jeszcze tyle wywaru, by uzyskać satysfakcjonującą konsystencję sosu. Doprawiamy solą i pieprzem. Sos podajemy do mięsa, do klusek lub do placków ziemniaczanych, posypując posiekaną natką pietruszki.

sos-grzybowy-022

Korzenne muffiny grahamowe z jabłkami

grahamowe-015

Nie mogę doczekać się Świąt w tym roku. Zazwyczaj w ogóle nie ruszają mnie świąteczne ozdoby, oferty, reklamy wyskakujące zewsząd już od połowy października, a w tym roku nie mogę się doczekać choinki, piernika i barszczu z uszkami. I już na zapas martwię się, że Boże Narodzenie trwa tak krótko, a potem trzeba będzie wrócić do szarej, zimowej rzeczywistości.

Tak bardzo nie mogę doczekać się Świąt, że oglądam ze wzruszeniem świąteczne spoty reklamowe. Więcej – na you tube’ie przeglądam świąteczne sceny z przeróżnych filmów. Zrobiłam stroik adwentowy i zastanawiam się na zrobieniem kalendarza w kształcie choinki. Zazdroszczę Królisi dziecięcej wiary w Świętego Mikołaja i pisania listu do niego. I jeszcze żałuję, że nie ma tutaj śniegu i nie można jeździć na sankach.

grahamowe-018

Bardzo nie mogę się doczekać Świąt, więc przemycam sobie świąteczne smaki w codziennym jedzeniu. Takie muffiny na przykład – mają być rzekomo po prostu zdrowszą opcją (ale nie wierzę w istnienie zdrowych słodyczy), bo są pełne otrębów, nie posłodziłam ich cukrem, a syropem klonowym, zawierają owoce, a nie przykładowo czekoladę. Tymczasem są czymś więcej. Po pierwsze nadal są muffinami, choć nie da się ukryć, że czuć w nich grahamkę. Nie są tak słodkie, jak typowe wypieki, ale za to są bogate w dodatki i pięknie pachną… no właśnie – świętami – za sprawą przyprawy do grzanego wina. Mają jeszcze tę zaletę, że bardzo szybko się je robi, nie potrzeba wyjmować ciężkiego sprzętu, bo zwykła drewniana łycha w zupełności wystarczy do byle jakiego mieszania. Jedyny minus, że nie wyglądają zbyt estetycznie, dlatego nie zabierajcie ich na salony, a zjedzcie z najbliższymi przy kuchennym stole. W końcu to właśnie przy nim wszystko smakuje najlepiej!

grahamowe-014

KORZENNE MUFFINY GRAHAMOWE Z JABŁKAMI

  • 100 g mąki graham
  • 100 g mąki samorosnącej
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka przyprawy korzennej do piernika lub do grzanego wina
  • 25 g otrębów pszennych
  • 25 g płatków owsianych
  • 2 jabłka
  • 50 g sułtanek
  • 50 g pekanów
  • 2 jajka
  • 100 ml oleju słonecznikowego
  • 4 łyżki syropu klonowego
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka sezamu

Piekarnik nagrzewamy do 180°C (z termoobiegiem). Formę na muffiny (12-dołkową) wykładamy papierowymi papilotkami. Siekamy pekany, jabłka obieramy, wycinamy gniazda nasienne i kroimy w niewielką kostkę.

Obie mąki i proszek do pieczenia przesiewamy do miski, dodajemy przyprawę korzenną, otręby, które zostały na sitku oraz dodatkowe 25 g otrębów pszennych wraz z płatkami owsianymi i mieszamy. Dodajemy sułtanki, pokrojone jabłka, posiekane orzechy i delikatnie mieszamy. Robimy dołek pośrodku, wlewamy do niego olej, syrop klonowy i rozbełtane jajka. Mieszamy, aż składniki się połączą. Dodajemy jogurt i jeszcze raz mieszamy, uważając, by nie wyrobić za mocno.

Ciasto nakładamy łyżką do papilotek. Na wierzchu posypujemy każdą porcję sezamem. Pieczemy w nagrzanym piekarniku przez 16-18 minut. Wyjmujemy z pieca i lekko studzimy. Najlepsze są jeszcze ciepłe.

grahamowe-017

(przepis wg „Easy Food” October 2015)

4 świece adwentowe

 

adwent-031

Stroik, a właściwie powinien być to wieniec, adwentowy to młoda tradycja, która przywędrowała do kościoła katolickiego z kościoła ewangelickiego. Taki wzorcowy wieniec adwentowy zrobiony jest z zimozielonych gałązek, na których mocuje się cztery świece – trzy fioletowe i jedną różową. Fioletowy jest liturgicznym kolorem na czas adwentu i symbolizuje pokutę, zaś ta różowa świeca, którą zapala się w 3 niedzielę jest kolorem radości. Kształt wieńca nawiązuje to idei wspólnoty, a zimozielone gałązki symbolizują życie wieczne. Czasami dokłada się w środek piątą świecę w kolorze białym, reprezentuje ona przyjście Jezusa na świat. Tak wygląda dekoracja w mojej irlandzkiej parafii, z tą różnicą, że świece stoją wpięte w specjalny świecznik, a nie w wieniec.

W mojej rodzinnej parafii, kiedy byłam dzieckiem, każdego roku wieszano ogromny, naprawdę potężny wieniec nad ołtarzem z czterema czerwonymi świecami. Tradycja ta minęła i w ubiegłym roku stanęły 4 spore lampiony (metalowe klatki z szybkami – na pewno wiecie, co mam na myśli, bo są one niezwykle popularnym elementem dekoracyjnym już od kilku dobrych lat) z czerwonymi świecami, a każdy ustawiono na posadzce na posłaniu z gałęzi iglaków. Moja Mama czasami przygotowywała niewielki wieniec, również decydując się na kolor czerwony.

 

adwent-033

Bardzo mi się podoba ten zwyczaj, bo wprowadza do domu świąteczną atmosferę , podobnie jak kalendarz adwentowy pokazuje zbliżanie się Świąt, ale w przeciwieństwie do popularnych kalendarzy-niespodzianek nie gubi sensu adwentu. Zawsze chciałam zrobić wieniec adwentowy i zawsze kończyło się na chceniu. W tym roku, nie mając zupełnie czasu, bo uganiam się po całym parterze za szukającym guza Chomiczkiem, który niedawno nauczył się chodzić, a najbardziej lubi uciekać na wstecznym…, więc w tym roku udało mi się zrealizować plan.

 

adwent-032

Zadanie zajęło mi całe 5 minut, bo postawiłam na prostą dekorację, a nie na wyszukaną kompozycję. W drodze ze szkoły ucięłam kilka gałązek świerka i tui, połączyłam stare świeczki z nowymi, tasiemkę miałam z odzysku (był nią obwiązany komplet ścierek, a ja zawsze odkładam do pudełka takie dodatki), a wszystko uzupełniłam orzechami laskowymi i migdałami. Cała aranżacja miała zostać umieszczona w wiklinowym koszyku w kształcie gwiazdy, niestety okazał się za mały. W koszyku są teraz pomarańcze, a za podstawę stroika posłużył mi mój ulubiony prostokątny talerz. Dekoracja ma niewielki rozmiar i pasuje do wnętrza domu. Najważniejsze jednak, że Królisi się podoba, bo zrobiłam ją z myślą o niej.

adwent-036

 

Pieczeń po bawarsku z sałatką ziemniaczaną

pieczen-04

Po pięknej, ciepłej jesieni niespodziewanie przyszedł mróz, który pokrył białymi kryształami lodu całą okolicę. Zimno jest okropnie, ale pejzaż wygląda wspaniale w zimowym stroju. Powietrze krystalicznie czyste daje doskonałą widoczność i orzeźwiającą świeżość – jak w reklamie gumy do żucia. W ruch poszły czapki, rękawiczki i szaliki, których zamotanie zajmuje tyle czas, że docieramy rano do szkoły równo z dzwonkiem. Ma to swoje plusy, bo Króliczka pędzi od razu do klasy i nie prosi, bym poczekała do dzwonka przed szkołą – w taki mróz byłoby to już poświęcenie… Kawa po powrocie smakuje nieziemsko… Stoimy sobie z Chomiczkiem przy kuchennych drzwiach, obserwujemy ptaszki, które zlatują się na śniadanie – sikorki, pliszki i rudziki – i delektujemy się kawowym aromatem, pałaszując przy tym korzenne bułeczki.

Właśnie na te bułeczki chciałam dać Wam przepis, ale nie mam serca, by przysiąść do zdjęć. Są niezbyt fotogeniczne, więc się trochę rozmijamy. Bez słodyczy można się (podobno) obejść, ale bez solidnej strawy w taki dzień jak dziś już trudno. Pieczeń po bawarsku to flagowe danie kuchni niemieckiej, do której zazwyczaj podaje się kapustę oraz kluski (które przypominają trochę nasze pyzy bez nadzienia) lub knedle. U mnie w nieco lżejszej wersji z bawarską sałatką ziemniaczaną.

pieczen-01

Kilogram wieprzowiny to nieco za dużo na naszą rodzinę. Następnego dnia zastanawiałam się jak ją odgrzać, żeby nie wyschła na wiór – niestety taka przypadłość mięsa wieprzowego, że niby tłuste, ale lubi wyschnąć w piekarniku. Odgrzałam… na parze. Pokroiłam resztę pieczeni w plastry i odgrzałam garnku do gotowania na parze. Polecam ten sposób, mięso pozostało soczyste.

pieczen-03

PIECZEŃ PO BAWARSKU Z SAŁATKĄ ZIEMNIACZANĄ

(BAYERISCHER SCHWEINEBRATEN MIT KARTOFFEL-GURKEN-SALAT)

Kartoffel-Gurken-Salat

  • ½ kg ziemniaków
  • cebula
  • mały ogórek
  • 100 ml gorącego bulionu mięsnego
  • 1 ½ łyżki białego octu winnego
  • 1 ½ łyżki oliwy
  • pieprz
  • sól
  • natka pietruszki

Umyte ziemniaki gotujemy w osolonej wodzie ok. 25 minut. Odsączamy, schładzamy pod bieżącą wodą i obieramy ze skórek. Odstawiamy do zupełnego wystygnięcia, a następnie kroimy w dość grube plasterki. Cebulę obieramy i siekamy w kostkę. Bulion mieszamy z octem, oliwą, solą i pieprzem. Marynatą zalewamy ziemniaki wymieszane z cebulą i odstawiamy na ok. 1 h. Ogórek obieramy, kroimy w plasterki i solimy. Odciskamy nadmiar soku i dodajemy do sałatki. Posypujemy posiekaną natką pietruszki.

Schweinebraten

  • 1 kg wieprzowiny z tłuszczem
  • 4 łyżki sklarowanego masła
  • cebula
  • marchewka
  • gałązka selera
  • mały por
  • pęczek natki pietruszki
  • sól
  • pieprz
  • 1 łyżeczka utłuczonego kminku
  • 2 ząbki czosnku
  • jasne piwo

Piekarnik nagrzewamy do 175°C. Mięso myjemy i osuszamy. Tłuszcz nacinamy pod skosem w kratkę, uważając, by nie przeciąć mięsa. Mięso dokładnie nacieramy solą, świeżo zmielonym pieprzem i utłuczonym kminkiem. Warzywa myjemy, obieramy i kroimy. Czosnek rozgniatamy. Masło roztapiamy w sporym naczyniu żaroodpornym, wrzucamy cebulę, czosnek i pozostałą włoszczyznę, smażymy tylko tyle, by nieco zbrązowiały. Na środku układamy natkę pietruszki, na niej mięso (tłuszczem do góry) i wlewamy 250 ml wody. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 45 minut. Po tym czasie zwiększamy temperaturę do 220°C i pieczemy jeszcze ok. 30 minut. Podczas pieczenia regularnie polewamy mięso piwem. Upieczone mięso odstawiamy na 10 minut, zanim zaczniemy je kroić. Sos przelewamy przez sito i doprawiamy do smaku. Mięso kroimy w plastry, sos podajemy osobno w sosjerce.

pieczen-06

Gaisburger Marsch i jesienne „Maszkety”

gaisburger-01

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jakim cudem numer przygotowywany na początek października ukazał się dopiero teraz. Gdzieś nam uciekł cały październik, utonął w jakiejś otchłani opadłych liści, w potokach rwących ku studzienkom kanalizacyjnym… Kiedy wszędzie już świąteczne wydania specjalne, my wyjeżdżamy na stół z dynią. Powiedzmy, że konserwatywnie o świętach będziemy mówić dopiero… w święta.

Ważne, że numer udało się dokończyć i trafił już na internetową półkę, a w redakcji zabieramy się za kolejny zimową edycję. Was zapraszam do lektury – w magazynie znajdziecie jesienne przepisy na dania z dyni, w tym na moją pyszną tartę, zabieramy Was w kulinarną podróż do Niemiec, a na deser czekają spektakularne torty, które smakują jeszcze lepiej niż wyglądają, a wyglądają naprawdę dostojnie. Nie zabrakło też artykułów, a wśród nich wywiad w moją skromną osobą, w którym opowiadam o kuchni irlandzkiej. W rozdziale poświęconym kuchni niemieckiej znajdziecie dwa moje dzieła: prezentowany dziś „Gaisburski marsz” oraz pieczeń po bawarsku.

maszkety-10

Gaisburger Marsch zawdzięcza swą nazwę XIX-wiecznym kadetom, którzy upodobali sobie ten pożywny Eintopf w restauracji „Bäckerschmide” w Gaisburgu i marszowym krokiem, raźno wędrowali codziennie do niej na obiad. Inna wersja mówi o żonach maszerujących do lokalnego więzienia z menażkami gulaszu dla osadzonych mężów. Ciekawe są te legendy, ale mnie się od razu nazwa skojarzyła z polskim powiedzeniem „W marcu jak w garncu”, bo patrząc na talerz, aż chce sparafrazować i rzec, że w garncu jak w marcu! Danie zaiste jest bogate i, nie ma co ukrywać, dość pracochłonne.

Dla mnie wyzwaniem były szpecle, które uparłam się zrobić własne, choć wszystkie moje niemieckie koleżanki twierdziły, że kupują je w sklepie, pakowane jak makaron. Skrawanie ciasta na deseczce było pewnym wyzwaniem, szczególnie, że Chomiczek koniecznie chciał pomagać, ale koniec końców byłam zachwycona efektem. Pierwsza partia klusek nie prezentowała się idealnie, ale kolejne wyszły mi całkiem przyzwoicie. Słowem warto było się postarać, bo mąż nie szczędził komplementów. Polecam i danie, i lekturę „Maszketów”.

gaisburger-02

GAISBURGER MARSCH

  • 500 g mięsa wołowego na gulasz (karkówka lub mostek)
  • 250 g kości wołowych (w tym przynajmniej jedna szpikowa)
  • 2 marchewki, 2 gałązki selera naciowego
  • 1 por, pęczek pietruszki oraz trochę do przybrania
  • 250 g ziemniaków
  • sól
  • ziarna pieprzu
  • 2-3 listki laurowe
  • 1 cebula
  • 1 łyżka masła

Spätzle:

  • 250 g mąki
  • 2 duże jajka
  • ½ łyżeczki soli
  • ½ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 200 ml letniej wody

Umyte kości wkładamy do sporego garnka, zalewamy wodą i zagotowujemy. Gdy woda zacznie wrzeć, wkładamy mięso i zmniejszamy temperaturę. Podczas gotowania regularnie zbieramy szumowiny.

Marchewki obieramy, myjemy dokładnie seler i por. Warzywa wraz z pęczkiem pietruszki wkładamy do garnka 30 minut po mięsie. Dodajemy listki laurowe, garść ziaren pieprzu i odrobinę solimy. Gotujemy na małym ogniu przez 2 godziny.

Obrane i umyte ziemniaki kroimy w kostkę. Gotujemy w osolonej wodzie, a po ugotowaniu odcedzamy.

W dużym garnku zagotowujemy wodę na spätzle. Mąkę przesiewamy do sporej miski, wbijamy jajka, dodajemy startą gałkę i wlewamy 150 ml letniej wody. Składniki energicznie mieszamy drewnianą łyżką, aż zaczną pojawiać się pęcherzyki powietrza. W razie potrzeby dolewamy nieco wody. Odstawiamy na chwilę, po czym dalej mieszamy, aż uzyskamy gładkie ciasto. Porcję rozsmarowujemy na wilgotnej deseczce ze ściętym brzegiem i długim nożem ścinamy paski ciasta szerokości ok. ½ cm wprost do gotującej się wody. Możemy użyć też specjalnej nakładki z dużymi otworami lub praski do szpecli. Gdy kluski wypłyną na powierzchnię, wyjmujemy je łyżką cedzakową. Przekładamy do miski, przykrywamy i trzymamy w cieple.

Cebulę obieramy, kroimy w krążki i smażymy na maśle, aż zbrązowieje.

Gdy mięso jest już miękkie, wyjmujemy je z wywaru i kroimy w kostkę. Układamy w wazie, dodajemy ugotowane ziemniaki i spätzle. Bulion przecedzamy przez gęste sito i wlewamy do wazy. Posypujemy posiekaną natką pietruszki i podajemy z krążkami cebuli.

gaisburger-03

Ostatnie dni października w Alder Cottage

108

Są dwa głośne święta w Irlandii. Świętego Patryka wiosną i Halloween jesienią. O ile oba święta mają swoje dobre, ładne i radosne strony, o tyle dla sporej grupy Irlandczyków są to dwa dni w roku poświęcone na ekstremalne pijaństwo. Szczególnie hałaśliwe jest Halloween, bo przyciąga przede wszystkim młodych ludzi, którzy – oprócz picia – tej nocy z upodobaniem puszczają przemycone z Irlandii Północnej petardy i fajerwerki. Do tego jeszcze dochodzą dźwięki krążących na sygnale samochodów gardy i ambulansów, pijackie burdy i awantury zakochanych – i mamy obraz wigilii wszystkich świętych widzianej z perspektywy okna w mojej sypialni.

Uciekliśmy. Zaszyliśmy się w sąsiednim hrabstwie, w malowniczo położonym Alder Cottage, którego istnienie potwierdza oficjalna mapa regionu z 1845 roku.

124

Domek stoi ukryty wśród starego drzewostanu, a prowadzi do niego podjazd – drzewny tunel. Wjeżdżając, uczucie jest niesamowite – jakby się przekraczało bramę do innego, baśniowego świata. Sam cottage został rozbudowany i pieczołowicie wyremontowany; obecnie pięknie łączy tradycyjny charakter z potrzebami współczesnego człowieka. Z każdego okna domu rozciąga się malowniczy widok – wysokie drzewa, które o tej porze roku mienią się barwami złota i bursztynu, pastwiska pełne owiec wyciągających szyje, by zobaczyć któż to przyjechał, góra Benbo, wchodząca w skład gór Dartry, które łączą hrabstwa Sligo i Leitrim. Słowem idealne miejsce, by schować się przed hałasem całego świata.

Bohey ma też tę zaletę, że mimo wszystko jest blisko cywilizacji – kilka minut samochodem dzieli je od miejscowości Dromahair z jednej strony, a z drugiej od miasteczka Manorhamilton. Daje to pewne poczucie komfortu, że nie jest się zupełnie odciętym od świata, a jedynie dobrze przed nim ukrytym.

115

W Alder Cottage spędziliśmy zaledwie długi weekend, ale miejsce nadaje się doskonale na dłuższy pobyt. Zarówno dla tych, którzy tylko chcą odpocząć, jak i dla tych, którzy są żądni aktywnego spędzania czasu. W zasięgu ręki, poza najbliższą okolicą, są atrakcje obu hrabstw – Sligo i Leitrim. Niedaleko jest też do granicy z Irlandią Północną. Zaledwie 40 minut drogi wzdłuż jeziora Glencar i dotrzecie do mnie na obiad…

Nie mieliśmy zupełnie planów na pobyt – po prostu chcieliśmy mieć spokój. Był to główny powód, dla którego wybraliśmy się do Alder Cottage. Na miejscu każde z nas zajęło się tym, co mu najbardziej pasowało. Mojemu Mężowi najbardziej przypadła do gustu duża, naprawdę duża wanna, w której przyjemnie było się zanurzyć i relaksować pięknym widokiem za oknem, ciszą przerywaną jedynie świergotem ptaków i pobekiwaniem owiec za płotem. Króliczka właściwie spędzała dni na dworze, biegając ze swoim zabawkowym konikiem lub grając z tatą w ping ponga, do którego stół ustawiono pod wiatą w rogu ogrodu. Chomiczek – i tu mieliśmy naprawdę dużo śmiechu – zakochał się w miotle. Z miotłą w ręku pił mleko, jadł, wędrował po całym domu, trzymał ją nawet w trakcie przewijania. Ja zabrałam ze sobą aparat – przede wszystkim po to, by zrobić portrety dzieciom, na zrobienie których w domu zazwyczaj brakuje czasu i odpowiedniej atmosfery. Nie zawiodłam się, dzieci trochę oszołomione nowym miejscem, nie zwracały za bardzo uwagi na obiektyw, dzięki temu mogłam zrobić im śliczne, naturalne zdjęcia. Oczywiście sfotografowałam też okolicę, dom i przyrodnicze ciekawostki. Kilka ujęć powstało też z myślą o blogu, inne zaś tylko jako sztuka dla sztuki.

114

Pogoda dopisała – czytaj „nie padało” – więc ruszyliśmy na spacer po najbliższych ścieżkach. Krajobraz zupełnie inaczej wygląda z dołu, z domu, z drogi i zupełnie inaczej po przejściu kilkuset metrów pod górę. Góry, które z dołu majaczyły gdzieś na linii horyzontu,  nieco wyżej wydawały się wypełniać całą przestrzeń. Już sama droga z szerokiej, gęsto po obu stronach zadrzewionej szosy, zamienia się w wąski, porośnięty trawą i otoczony chaszczami trakt. Osiągnąwszy pewną wysokość, nareszcie można napawać się widokami totalnie, bo nic już nie zasłania krajobrazu. Czuje się wreszcie bycie częścią Ziemi, a nie tylko elementem w świecie zbudowanym przez człowieka, gdzie nie wiadomo, co spotka nas za rogiem.

Po powrocie do domu przyjemnie było usiąść przy kominku z jedną z licznych książek pozostawionych do dyspozycji gości. Przewertowałam dwie książki kulinarne poświęcone tematyce raw food, a ich lektura tylko potwierdziła moją opinię na temat witarianizmu. Na obiad była więc lasagne, a kolejnego dnia nadziewane piersi kurczaka. Kuchnia w Alder Cottage została zaprojektowana nowocześnie i przyzwoicie wyposażona we wszelkie akcesoria,  toteż z powodzeniem można oddawać się gotowaniu. Wieczorami, kiedy Króliczka wraz z tatą oglądali w kółko kreskówkę Scooby-Doo na zmianę z przygodami Toma i Jerry’ego, zawijałam się w gruby, tweedowy koc, siadałam w jadalni przy kominku i zaśmiewałam się, czytając fragmenty z sekretnych dzienników Adriana Mole’a – książkę oczywiście znalazłam w podręcznej biblioteczce w Alder Cottage. Za kilka lat koniecznie muszę kupić Króliczce, żeby… samej przeczytać raz jeszcze!

121

Weekend upłynął nam naprawdę wesoło, spokojnie i leniwie, więc z odrobiną żalu wracaliśmy do naszej tętniącej życiem wioski. Szczególnie Króliczka nie mogła się pogodzić z rozstaniem ze stołem do ping-ponga oraz z niemożnością zerwania wszystkich jabłek z ogrodowych drzew. Ja zaś ze zdziwieniem odkryłam, ile potrafi wytrzymać bateria w telefonie, gdy się nie korzysta z internetu…

Więcej informacji o Alder Cottage znajdziecie na stronie internetowej i na facebooku.