Gnocchi z tuńczykiem

gnocchi z tuńczykiem 22

Wczoraj był piątek, to musiał być… stek. Z tuńczyka. Nie wiem jak w kraju, ale tutaj, na zielonej wyspie tuńczyka w puszce mamy w dwóch wersjach – w kawałku (tuna steak) lub w kawałkach (tuna chunks).

W tej pierwszej wersji, po otwarciu puszki zobaczymy po prostu kawałek tuńczyka, który można spróbować wyjąć w całości lub pokroić go na kawałki porządamych rozmiarów. W drugiej wersji po otwarciu możemy zobaczyć wszystko – mogą być tam duże kawałki ryby, a mogą też być strzępy. Różnią się też ceną – pierwsze są droższe od drugich, co jest całkiem zrozumiałe. Dlatego tuna steak kupuję, gdy zależy mi na efekcie wizualnym, a tuna chunks, gdy i tak mam zamiar mieć mocno rozdrobnione mięso np. do sosu tuńczykowego lub sałatki majonezowej. Jeśli się zagalopuję i kupię tuńczyka w kawałeczkach z czystego skąpstwa, efekt będzie taki, jak widać na zdjęciach, gdzie jest pół na pół. Wizualnie może wygląda to marnie, ale w smaku jest w porządku.

W ogóle z tym daniem wiąże się zabawna historia. Mąż dojrzał w książce, co zamierzam mu ugotować i, mówiąc delikatnie, nie był zachwycony pomysłem. Bardzo starał się wykręcić od spróbowania, ale nic mu do głowy sensownego nie przychodziło, więc koniec końców musiał zasiąść do miski pełnej ulubionych klusek i podejrzanie wyglądającego sosu. Spróbował i krzyknął: – To jest dobre! To jest naprawdę dobre! Nie sądziłem, że podgrzany tuńczyk z puszki może być dobry!

W takiej kombinacji – z czosnkiem, oliwą, cytryną, kaparami i czarnymi oliwkami – jest wyborny. Jeżeli macie naprawdę mało czasu, a nie chcecie rezygnować z przygotowania obiadu, jest to potrawa idealna. Zrobicie ją w mniej niż 15 minut, a na płycie indukcyjnej jeszcze szybciej, bo najdłużej trwa tu zagotowywanie wody na kluski. Do mojego obiadu dołożyłam już zupełnie na szybko po miseczce zieleniny skropionej sosem klonowym-musztardowym, który został mi z wczorajszej sałatki dyniowej. Bez stresu, bez messu* i życie od razu staje się piękniejsze!

gnocchi z tuńczykiem 21

GNOCCHI Z TUŃCZYKIEM

  • 500 g świeżych klusek gnocchi
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 puszki tuńczyka w sosie własnym (160 g każda)
  • 4 łyżki oliwy
  • 4 łyżki masła
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1 łyżka kaparów
  • 12 czarnych oliwek
  • 2 łyżki posiekanej natki pietruszki

Czosnek obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Tuńczyka, oliwki i kapary odsączamy. Oliwki kroimy w plasterki, a tuńczyka dzielimy na cząstki.

W garnku zagotowujemy osoloną wodę na gnocchi. Na patelni rozgrzewamy oliwę i połowę masła (na średnim ogniu), dodajemy czosnek i smażymy kilka sekund, aż zacznie uwalniać aromat. Dodajemy następnie tuńczyka, kapary, oliwki i sok z cytryny, zmniejszamy ogień i podgrzewamy wszystko.

Do gotującej się wody wrzucamy gnocchi. Gdy wypłyną (po ok. 3 minutach), odcedzamy je i wsypujemy ponownie do garnka. Dokładamy pozostałe masło oraz sos tuńczykowy, mieszamy i przekładamy do misek (najlepiej podgrzanych, bo kluski stygną błyskawicznie). Posypujemy natką i podajemy natychmiast.

(przepis z niewielkimi zmianami wg 1001 One Pot, Casseroles, Soups & Stews)

*mess – papranina

Advertisements

Łosoś w tajskim sosie

łosoś po tajsku 21

Po krótkiej przerwie wracamy do tajskich klimatów, ale to już przedostatnia odsłona, ponieważ w słoiku została jeszcze – mniej więcej – łyżka czerwonej pasty curry. Następną kupię… zieloną! Łosoś wyszedł pyszny, nie ma co się bać takich połączeń. Mnie też się łosoś kojarzył się z zimną Skandynawią i długo wydawało mi się, że tylko jogurt, kolorowy pieprz, odrobina koperku i kilka kropli cytryny może „zdobić” tę rybę.

Człowiek uczy się całe życie, szczególnie jeśli ma odwagę sam się rozwijać, a nie tylko ciągnięty przez życiowe okoliczności. Można zgłębiać tajemnice kosmosu, zawiłe zagadnienia polityki międzynarodowej, filozofię Kanta, co komu pasuje. Mnie aktualnie interesują bardziej przyziemne sprawy, a dokładniej to, co dotyczy mnie i mojego otoczenia bezpośrednio. Młodzieńcze ideały w dużej mierze uleciały i właściwie mogłabym podpisać się pod mickiewiczowskiem wierszem…

Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski;
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…

Ale się nie podpiszę, bo nie uważam dojrzałości za „klęskę” i nad nią nie płaczę. Nie uważam też, że młodzieńczy zapał i górnolotne hasła były „durne”. Każdy wiek ma swoje prawa, każdy czas ma swój urok. Wiek „męski” (jak go nazwać w przypadku kobiety – „matroniczny”, „matronowy”?) nie jest ani gorszy, ani lepszy od innych etapów życia. Nie byłoby go bez hura-bura młodości, a tej nie byłoby bez słodkiego dzieciństwa. Tak jak w przyrodzie nie ma wiosny bez zimy, nie ma jesieni bez lata.

W każdym razie nie roztkliwiam się nad tym, co było, co minęło. Nie tęsknię za chińskimi zupkami z torebki, termosem kawy i dyskusjami po świt na temat pelagiamizmu. Nie wylewam łez, bo świat nie zobaczy Króla Edypa na stadionie. Nie dramatyzuję, że zamiast zostać Skłodowską polskiego literaturoznawstwa, param się gotowaniem ryby. Skoro sama nad tym nie ubolewam, dlaczego innym miałoby to spędzać sen z powiek?

Gdybym właśnie produkowała odciski na pośladkach, ślęcząc w bibliotece instytutu nad zakurzonymi tomiszczami, nie serwowałabym rodzinie łososia po tajsku. Pewnie w ogóle nic bym nie gotowała, zadowalając się stołówkowymi pierogami z kapustą. A tak plany obiadowe do końca tygodnia są już poczynione, łosoś wszystkim smakował, a na deser zdradzę, że malunki kredkami świecowymi najszybciej usuwa się ze ścian szczotkując pastą do zębów, taką zwykłą, nie żelową. Czarno-czerwone dzieło Chomiczka zeszło bez śladu…

łosoś po tajsku 22

ŁOSOŚ W TAJSKIM SOSIE

  • 4 filety z łososia
  • 3 łyżki oleju sezamowego
  • 4 łyżki naturalnego miodu
  • sok z 1 limonki
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki octu ryżowego
  • 1 łyżka czerwonej pasty curry
  • 2 łyżki sezamu
  • ryż (u mnie tajski jaśminowy)
  • zielone warzywa (u mnie młode brokuły)

Piekarnik rozgrzewamy do 180°C (z termoobiegiem). Ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu.

Składniki na sos (olej sezamowy, miód, sok z limonki, sos sojowy, ocet ryżowy, pastę curry) podgrzewamy razem w rondelku (na małym ogniu), mieszając, aż się dokładnie połączą, a miód się rozpuści.

Rybę układamy skórą do dołu w naczyniu żaroodpornym, polewamy połową sosu i pieczemy w nagrzanym piekarniku przez 15 minut.

Zielone warzywa blanszujemy. Zlewamy sos spod ryby do rondelka z pozostałym sosem. Rybę przykrywamy folią aluminiową i odstawiamy. Sos podgrzewamy na średnim ogniu, żeby go nieco zredukować. Sosem polewamy rybę i posypujemy sezamem. Podajemy z ryżem i warzywami.

(przepis z moimi drobnymi zmianami wg „Easy Food” May 2016)

Kotlety z dorsza, czyli irlandzkie fishcakes

kotlety rybne 01

Musicie przyznać, że po angielsku ładnie się nazywają… Gdyby tłumaczyć, używając haseł z początku słownikowej listy, wyszłoby nam ciasto rybne. Słowo cake ma jeszcze jedno znaczenie – oznacza też usmażony na patelni placek. Mamy więc zadomowione w polszczyźnie pankejki, czyli naleśniki, mamy potato cakes, czyli kotlety z ziemniaków, i właśnie fishcakes, czyli kotlety z ryby. W tradycyjnej kuchni irlandzkiej są też placki z surówych ziemniaków, które nazywają się boxty, ale to już zupełnie inna historia…

Rybne kotlety mnie z początku odstraszały. Zastanawiałam się, czy to w ogóle może być dobre – ryba wymieszana z kartoflami i do tego panierowana. Przed oczami stawał mi obraz najbardziej mdłego posiłku, jaki tylko może się trafić na obiad. Spróbować kiedyś jednak trzeba było, bo nie można ocenić smaku samym wzrokiem. Miałam szczęście, bo pierwsze, które jadłam – w Lang’s Restaurant u nas we wsi – były pyszne. Zamawiałam je coraz częściej w różnych miejscach, by przekonać się, że może być to prawdziwa przyjemność lub wielkie rozczarowanie. Niestety miałam rację – fishcake może okazać się mdłą, panierowaną papką. Zdarza się to bardzo rzadko, ale jednak się zdarza.

Ważna jest tu ryba i przyprawy. Najlepiej robić z… dobrej ryby. Jedząc na mieście, możemy narazić się na kotlety z taniej, białej rybki, która mogła być mrożona lub solona, co wpływa na smak i jakość mięsa. Czasem rzeczywiście kotlety nie są odpowiednio przyprawione – raz trafił mi się kotlet nafaszerowany mnóstwem chili, co nie tylko dało palący smak, ale przede wszystkim zupełnie zagłuszyło rybę.

kotlety rybne 02

Najbardziej lubię kotlety z dorsza, nawet bardziej niż te z łososia. Z dorsza i z drobniutko posiekanym estragonem. Zjedzone na pod gołym niebem, gdy bryza od oceanu przynosi lekko słone powietrze. Świetne na przystawkę w towarzystwie zieleniny, na lunch a także na lekką kolację, po której najlepiej przesiąść się na leżak, by z kieliszkiem wina w dłoni obserwować wracające z żerowisk stada kawek i gawronów. Pomarzyć można, a tymczasem trzeba zagonić maluchy do kąpieli, a potem przekonać je do pozostania w swoich łóżkach…

kotlet rybny 05

FISHCAKES (KOTLETY RYBNE)

  • 450 g mączystych ziemniaków
  • 450 g filetów z dorsza (bez skóry)
  • 2 łyżki posiekanego estragonu
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 2 łyżki kremówki
  • 1 łyżka mąki
  • 1 rozbełtane jajko
  • 120 g bułki tartej
  • 4 łyżki oleju
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz

Umyte ziemniaki kroimy na kawałki i gotujemy w osolonej wodzie ok. 15-20 minut. Odcedzamy i tłuczemy. Filety układamy na patelni z wysokim brzegiem, wlewamy tyle wody, by przykryć ryby, wstawiamy na średni ogień i zagotowujemy. Gdy woda zawrze, zmniejszamy temperaturę, przykrywamy i gotujemy ok. 5 minut. Ryby wyjmujemy łyżką cedzakową i układamy na talerzu. Gdy przestygną, dzielimy na mniejsze kawałki, upewniając się, że nie ma w mięsie ości.

Rybę mieszamy z ziemniakami, estragonem, skórką z cytryny i kremówką. Przyprawiamy solą i pieprzem. Kotlety formujemy ręcznie lub przy pomocy praski. Oprószamy mąką, a następnie panierujemy w jajku i bułce tartej. Kotlety układamy na blaszce i wstawiamy do lodówki na przynajmniej 30 minut. Olej rozgrzewamy na patelni. Smażymy kotlety na średnim ogniu ok. 5 minut z każdej strony.

kotlety rybne 03

Łosoś w pomarańczowej glazurze

łosos 002

Właśnie ukazał się w sieci najnowszy numer „Maszketów”, w którym wśród wielu działów tematycznych znajdziecie rozdział poświęcony rybom. Nie jeść ryb, gdy mieszka się nad Atlantykiem, to wbrew idei eat local, eat fresh. O rybę prosto z połowu łatwiej tutaj niż o świeżo zerwaną truskawkę. Taki klimat…

Nie żebym była ideowcem-terrorystą kulinarnym! Po prostu dzieciństwo i młodość spędziłam na Śląsku, gdzie było dokładnie odwrotnie – do morza dzień drogi, ale truskawki u Babci na krzaczkach słodkie jak marzenie. Teraz mam truskawki z Wexford, a Wexford znajduje się dokładnie po drugiej stronie wyspy, skąd bliżej do Walii niż do mnie, ale przynajmniej atlantyckie ryby są na wyciągnięcie ręki.

Dostępność i obfitość zachęca do próbowania nowych smaków i eksperymentów. Powszechnie wiadomo, że sok z cytryny służy rybie (choć istnieją też zajadli przeciwnicy skrapiania nim ryby), a co powiecie na sok z pomarańczy? Nim przepis trafił do magazynu, wypróbowałam go na mojej rodzinie – pokochali miks miodu, sosu sojowego, oleju sezamowego i pomarańczy. Muszę wymyślić coś nowego, bo od dłuższego czasu (składanie magazynu trochę trwa!) mam łososia w pomarańczowej glazurze regularnie na obiad…

łosos 003

ŁOSOŚ W POMARAŃCZOWEJ GLAZURZE

  • 4 filety z łososia
  • 4 łyżki naturalnego miodu
  • 4 łyżki sosu sojowego
  • sok i skórka otarta z 1 pomarańczy
  • 1 łyżeczka oleju sezamowego
  • 1-2 łyżeczki sosu sriracha (lub suszonych krążków chili w łagodniejszej wersji)
  • olej

W misce mieszamy miód, sos sojowy, sos sriracha, olej sezamowy oraz sok i skórkę z pomarańczy. 4 łyżki marynaty przekładamy do osobnej miseczki i odstawiamy na później. Łososia zanurzamy w misce z marynatą i odstawiamy na ½ h, pamiętając, by obrócić mięso w marynacie po 15 minutach. Piekarnik nagrzewamy do 180°C z termoobiegiem. Blaszkę wykładamy folią aluminiową, którą smarujemy cienką warstwą oleju. Filety układamy na blaszce skórą do dołu i pieczemy (na środkowej półce) ok. 18 minut. Przełączamy piekarnik na funkcję grillowania i zwiększamy temperaturę. Wyjmujemy blaszkę z łososiem, smarujemy mięso pozostałą, wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy 2 minuty (na najwyższej półce), aż brzegi ryby zaczną się brązowić. Podajemy z ryżem i warzywami.

łosos 001

Tarta rybaka z suszonymi pomidorkami

tarta rybaka 024

Była tarta na słodko, to musi być na słono. A że mamy piątek, to podajemy tradycyjną rybkę w nietradycyjny sposób. Chociaż w moim rodzinnym domu w piątek rządziło jajko sadzone przy obiedzie i nutella przy śniadaniu. Jednak mieszkając nad samiuśkim Atlantykiem, byłoby grzechem nie sięgać po ryby, toteż jemy je bardzo często. Na mojej mapie kulinarnych przysmaków ryby zajmują pierwsze miejsce wśród wszystkich mięs, mogę więc śmiało powiedzieć, że miejsce zamieszkania mi sprzyja.

Wczorajsza tarta kokosowa złapała mnie zdjęciem w gazecie, ale jak się okazało, zdjęcie niezupełnie odwzorowywało przepis, za to przepisowi na dzisiejszą tartę rybaka towarzyszyło jedno z najbrzydszych, najbardziej mdłych zdjęć kulinarnych jakie kiedykolwiek widziałam opublikowane. Źle skadrowane, źle ustawione światło, a balans bieli poszedł w zapomnienie. Po prostu pod każdym względem straszne, a sama potrawa na nim odpychająca. Zdjęcie nigdy nie powinno być czynnikiem decydującym o wyborze potrawy, ale jednak często nie da się przejść obojętnie obok wołającej ze zdjęcia tarcie: – Upiecz mnie! Zjedz mnie! Rozkoszuj się mym niebiańskim smakiem!

Mam właśnie ambiwalentne uczucia wobec książek kucharskich. Z jednej strony uwielbiam oglądać zdjęcia potraw, a z drugiej wiem, jakie triki stosują zawodowi fotografowie, więc lepiej nie widzieć idealnej wersji, niż później być rozczarowanym. Na szczęście w magazynach roi się też od kiepskich zdjęć, więc zdarza mi się pogłaskać samą siebie i powiedzieć, że wyszło mi sto razy lepiej niż w publikacji. I samo danie, i jego zdjęcie…

tarta rybaka 021

tarta rybaka 022

TARTA RYBAKA Z SUSZONYMI POMIDORKAMI

  • 1 arkusz ciasta francuskiego (320 g)
  • 6-8 łyżeczek pesto z suszonych pomidorków
  • 8 suszonych pomidorków
  • 2 porcje fileta z morszczuka (ok. 360 g)
  • 1 porcja fileta z łososia (ok. 180 g)
  • 200 g krewetek (obranych i ugotowanych)
  • 50 g sera cheddar typu vintage
  • świeżo zmielony pieprz
  • rukola do podania (lub ulubione warzywa)
  • listki bazylii lub oregano do przybrania (opcjonalnie)

Jeśli mamy mrożone ciasto i mrożone krewetki, odpowiednio wcześniej je rozmrażamy.

Jeśli mamy podwójny piekarnik – grill ustawiamy na wysoką temperaturę, a piekarnik ogólny na 170°C z termoobiegiem. Jeśli mamy jeden piekarnik zaczynamy od grilla, potem będziemy poczekać, aż temperatura w nim wyrówna do 170°C, zanim wstawimy tartę.

Ciasto rozwijamy, ostrym nożem rysujemy centymetrowy brzeg, uważając, by ciasta nie przeciąć zupełnie. Ciasto smarujemy pesto, ale tylko do granicy zaznaczonego brzegu.

Ryby układamy na blaszce do pieczenia skórą do dołu i wstawiamy na 3-4 minuty pod grzałkę grilla. Po wyjęciu odstawiamy na chwilę do przestudzenia, po czym oddzielamy mięso od skóry i rozdrabniamy na kawałki „na jeden kęs”. Mięso ryb układamy na tarcie. Suszone pomidorki kroimy i posypujemy nimi wierzch tarty. Pieprzymy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170°C. Pieczemy 10 minut.

Ser ścieramy na drobnych oczkach tarki. Wyjmujemy tartę z piekarnika, dokładamy krewetki, posypujemy cheddarem i wstawiamy ponownie do piekarnika na 8 minut.

Tartę kroimy na porcje i podajemy z zieleniną i ewentualną resztką pesto. Każdą porcję przybieramy bazylią.

tarta rybaka 023

(wg „Easy Food” June/July 2015 z drobnymi zmianami)

Morszczuk w pomidorach z chorizo i fasolką

morszczuk chorizo 027

Bardzo mi się spodobało połączenie fasoli z morszczukiem, gdy gotowałam ostatnio rybne curry. Kiedyś robiłam morszczuka w pomidorach, danie, które również bardzo wysoko uplasowało się na liście moich smaków. Z kombinacji tych dwóch pomysłów narodził się dzisiejszy obiad. Szperając w internecie, okazało się, że jest to klasyczne danie kuchni hiszpańskiej i portugalskiej, ale na półwyspie iberyjskim dodają jeszcze chorizo. Dołożyłam więc chorizo, bo pikantna kiełbasa potrafi doskonale podkręcić smak, a przy tym na pewno zaskoczy męża. Nie mógł się pożalić, że ma obiad bez mięsa. Szczerze mówiąc, to bardziej go dziwiło, że ryba jest zanurzona w sosie pomidorowym. No cóż, rybka lubi pływać, szczególnie w tomacie…

Latem koniecznie trzeba zastąpić pomidory z puszki słodkimi pomidorkami koktajlowymi, a jeśli macie ziemniaki w domu, to upieczcie je do tego dania z gruboziarnistą sola i tymiankiem. My akurat ostatnio jedliśmy ziemniaki do wszystkiego, więc machnęłam na nie ręką (a dokładniej nie chciało mi się ciągnąć ze sklepu 5-kilogramowego wora, bo mniejszych zabrakło). Z chlebem również pyszne, szczególnie na kolację. Morszczuka oczywiście można zastąpić dowolną rybą dorszowatą – dorsz czy łupacz (plamiak) sprawdzą się równie dobrze. Tak czy siak to fantastyczna potrawa na pierwsze prawdziwie słoneczne dni, a przy nie wymaga dużo pracy. To ważne – nie popieram duszenia się w kuchni, kiedy cały świat woła, byśmy cieszyli się ciepłymi dniami!

morszczuk chorizo 021

MORSZCZUK W POMIDORACH Z CHORIZO I FASOLĄ

  • 4 filety z morszczuka
  • 60 g chorizo
  • 2 szalotki bananowe
  • puszka pomidorów (400 g)
  • puszka fasolki cannellini, półksiężycowatej lub Jaś (400 g)
  • ½ łyżki świeżo otartych listków tymianku oraz kilka gałązek do przybrania
  • 120 ml białego wina
  • oliwa
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz

Piekarnik nagrzewamy do 200°C (z termoobiegiem). Szalotki obieramy i drobno kroimy. Z kiełbasy zdejmujemy osłonkę i kroimy w kostkę. Fasolkę opłukujemy na sitku i odsączamy.

Łyżeczkę oliwy rozgrzewamy w rondlu na średnim ogniu. Dodajemy szalotki, chorizo oraz listki tymianku. Mieszamy i smażymy przez minutę. Wlewamy połowę wina, gotujemy 3-4 minuty, aż wino prawie całe odparuje. Wlewamy pomidory z puszki i dodajemy fasolkę. Doprawiamy solą i pieprzem.

Naczynie żaroodporne smarujemy odrobiną oliwy. Na dnie układamy filety z morszczuka, przyprawiamy solą i pieprzem. Wlewamy sos pomidorowy oraz pozostałe wino. Przykrywamy folią aluminiową (lub pokrywką, jeśli naczynie ją posiada) i wstawiamy do nagrzanego piekarnika. Zapiekamy przez 20 minut. Podajemy przybrane tymiankiem ze świeżym pieczywem lub pieczonymi ziemniakami.

morszczuk chorizo 024

Fasolowe curry z morszczukiem

hake curry 012

Ci z Was, którzy zaglądają tutaj od jakiegoś czasu, doskonale wiedzą, że mąż mój całkiem dobrze daje sobie radę w kuchni. Bardzo lubię, gdy dla nas gotuje, bo naprawdę nie jestem takim typem blogerki, co od rana do nocy siedzi w kuchni, by osiągnąć rekordową ilość wpisów na blogu. Mam tyle innych zajęć, zainteresowań i pomysłów na spędzenie czasu, że kuchnią dzielimy się pół na pół.

Gdy właśnie zostało ustalone, że ma gotować on, a nie ja, zapytał, na co mam ochotę. Miałam na rybę, przytaknął, poszedł do sklepu i wrócił ze stekami. Bo one tak kusiły, takie ładne były, a ryba…, cóż…, pływa pewnie jeszcze w oceanie. Och ty! Steki zjedliśmy – pyszne były, a ryba trafiła na stół kolejnego dnia. Bez zastanowienia, akurat jakiś przepis nawinął się w gazetce z Lidla.

Przepis jest z gazetki z Lidla, ale produkty nie. Bardzo mi się nie podoba, że Lidl oznacza np. ryby, jako „produced in Ireland”, a w praktyce znaczy to, że rybę z końca świata w Irlandii tylko zapakowano. Czytajcie dokładnie etykiety, szczególnie to, co napisano na drugiej stronie drobnym drukiem, i nie sugerujcie się nazwą produktu oraz jego ceną. Na przykład mleko kokosowe w puszce może być wodą z dodatkiem kokosu lub samym ekstraktem z kokosa. W naszym lokalnym sklepie w tej samej cenie  (ok. € 2,30) są trzy produkty ekologiczne – mleko kokosowe, gdzie 75% to ekstrakt z kokosu,mleko typu light, gdzie ekstraktu jest 28% oraz mleko kokosowe, gdzie 99,6% to ekstrakt z kokosu. Nieco tańsze (30-50 centów) są produkty „nieekologiczne” z zawartością ekstraktu w granicach 30-50%. Wszystkie puszki mają 400 ml pojemności i trudno wybrać najlepszy produkt, kierując się etykietką. Szczególnie, że wiele osób wierzy, że produkt opisany jako wersja light jest dla nich lepszy. W przypadku mleka kokosowego produkt light najczęściej otrzymuje się przez dolanie większej ilości wody. Kto chce otłuścić (rozcieńczyć), może spokojnie zrobić to w domu, ale po co kupować wodę za tyle pieniędzy? Kupując mleko kokosowe zwróćcie też uwagę na dodatki – właściwie nie powinno być żadnych. Nie spotkałam jeszcze mleka kokosowego, które by ich nie zawierało, wybieram więc takie, które zawiera jedynie minimalną ilość gumy guar, ale może Wam się poszczęści i znajdziecie mleko w puszce bez polepszaczy.

Ten przydługi akapit jest dla mojego drogiego męża, który uważa, że czytanie etykietek jest zbędne, a zgłębianie się w skład, metody produkcji żywności, jej pochodzenie – to już zupełna strata czasu. Uwierzycie, że posłany na zakupy wrócił z mlekiem w kartonie (nigdy nie kupujcie, to głównie woda z ekstraktem z ryżu lub z sokiem z grejpfruta i mnóstwem innych dodatków, do tego dość drogie)?! Nie chciało mu się poszukać na półkach puszki. Trochę go rozumiem, bo one stoją chyba w czterech różnych miejscach, upchane pomiędzy innymi produktami, i naprawdę trudno znaleźć ten poszukiwany rodzaj, ale pójść na taką łatwiznę… Nie darowałam, posłałam ponownie, chociaż psioczył pod nosem i odgrażał się, że pójdzie do pubu, a nie do sklepu. A potem po cichutku, za moimi plecami porównywał skład tych mlek, bo jeszcze nie dowierzał!

Gorąco zachęcam Was do czytania etykietek, ale nie do szukania sensacji. Nie panikujcie za każdym razem, gdy zobaczycie w składzie jakieś E. E z cyferkami to oznaczenie substancji dodawanych do żywności, także tych naturalnych. Na przykład wspomniana guma guar to E412, a jest pochodzenia roślinnego, nie laboratoryjnego. Takie E960 wystraszy nie jedną osobę, która równocześnie z zapałem słodzi herbatę słodzikiem ze stewi – a to dokładnie to samo. Co ciekawe – oburzamy się na dodatki w żywności, a jednocześnie w ogóle nie zastanawiamy się, ile z nich znajduje się np. w tabletkach – witaminach, suplementach czy zwykłej tabletce od bólu głowy. A chemia w chemii? Kremy, pudry, zjadane wraz z kanapką szminki… A barwniki w ubraniach, które również mogą przeniknąć do naszego organizmu… A powietrze pełne najróżniejszych substancji chemicznych… Jak tu nie zwariować? Przy tych doniesieniach o smogu to nawet bretarianinem nie można zostać (trzeba byłoby chyba wyemigrować do Irlandii). Polecam więc rozsądek i… optymizm. Optymizm Pollyanny. Zawsze szukajcie dobrej strony, bo każdy kij ma dwa końce. I nie dajcie się zwariować!

hake curry 011

FASOLOWE CURRY Z MORSZCZUKIEM

  • ½ kg wyfiletowanego morszczuka
  • 1 puszka fasolki cannellini (400 g)
  • 3 pory
  • 1 puszka mleka kokosowego (400 ml)
  • 15 g świeżego imbiru
  • 2 łyżki masła
  • 200 ml wody
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżka mieszanki curry
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz
  • ryż

Por myjemy, kroimy w plasterki lub półplasterki. Obieramy imbir i kroimy w kostkę. Rybę kroimy na spore kawałki.

Ryż gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Pokrojone pory przekładamy na dużą, dość głęboką patelnię, dodajemy masło i wodę, stawiamy na dużym ogniu i gotujemy pod przykryciem ok. 5 minut. Zmniejszamy ogień i wlewamy mleko kokosowe, przyprawiamy solą, pieprzem, miodem i curry, dokładnie mieszając. Odsączamy fasolkę i dodajemy do sosu, na końcu wkładamy rybę. Przykrywamy i gotujemy ok. 10 minut (aż ryba się ugotuje).

Podajemy z ryżem, posypując każdą porcję posiekaną pietruszką.

hake curry 013

(nieco zmodyfikowany przepis z gazetki z Lidla)

Nasiona roślin strączkowych na talerzuNasiona roślin strączkowych na talerzu

Jedzmy ryby!