Murvagh Beach jesienią

murvagh 109

Krótkie wakacje na okoliczność jesiennego długiego weekendu, który w Irlandii wypada w ostatni poniedziałek października, stają się już tradycją. Uciekamy przed hałaśliwymi obchodami Halloween, które niekoniecznie mają miejsce w samą wigilię Wszystkich Świętych, ale właśnie przenoszone są na czas weekendu.

Halloween irytuje mnie przede wszystkim przymusem – czy chcesz, czy nie chcesz, bierzesz w nim udział. Nie ominą cię grupy dzieci łomocących do drzwi w trakcie dorocznego polowania na cukierki. Nie ominie cię hałas i nielegalnie puszczane petardy, wrzaski pijanych przebierańców. Chyba, że zaszyjesz się w głuszy, gdzie co najwyżej owca zabeczy ci rano pod oknem, oznajmiając, że słońce wschodzi. Continue reading

Advertisements

Tam, gdzie grałem na skrzypcach… Dooney Rock w pobliżu Sligo

dooney rock 104

Kiedy opatrzy mi się wiejska plaża, mewy, kraby, wodorosty, wydmy i morskie fale, wtedy zgarniam rodzinę na spacer w inne, choć równie piękne okoliczności przyrody. Nad brzeg jeziora, do lasu, gdzie dęby, świerki, cisy, sitowie tworzące szuwary, czaple, łabędzie i niemal gładka tafla spokojnej wody z lekką mgiełką unoszącą się tuż nad nią.

Dooney Rock to kolejne miejsce na literackiej mapie krainy Yeatsa. Irlandzki noblista wspomniał je w uroczym wierszu The Fiddler of Dooney, czyniąc je obowiązkowym punktem dla miłośników twórczości poety, wędrujących jego śladami po hrabstwie Sligo.

Dooney Rock to niewielkie wzniesienie na brzegu jeziora Gill, który porasta wiekowy lasek. To uroczysko na skraju miasta, zaledwie kilka minut drogi od samego centrum. Wystarczy wyjechać drogą na południe (albo Pearse Road, albo N4) i zaraz za miastem skręcić w R287 (droga do Dromahair), minąć kościółek Św. Jana, dalej minąć zjazd do Holy Well (którą przy okazji też warto odwiedzić), by dotrzeć do celu. Miejsce jest dobrze oznaczone, znajduje się przy nim niewielki parking oraz tablice informacyjne.

Przejście wszystkim dróżkami nie zajmuje więcej niż 30 minut, ale jeśli zejdziecie ze ścieżki, jeśli przysiądziecie na powalonym pniu, jeśli zapatrzycie się na drugi brzeg jeziora, to nim się zorientujecie, godzina minie niespostrzeżenie. Wybraliśmy się w niedzielę rano i mieliśmy cały zakątek dla siebie. Turyści jeszcze spokojnie dojadali full Irish breakfast w hotelach i pensjonatach, okoliczni mieszkańcy szykowali się do kościoła, a nam zostawiano niczym niezmącony spokój zielonej oazy.

dooney rock 116

Króliczka początkowo była nadąsana, ale kiedy pozwoliliśmy jej biegać po lesie, gdzie chce, gdy zaczęła wspinać się na zbocza jarów, wypatrywać pająki i ślimaki, rozróżniać gatunki drzew i krzewów oraz bawić się z echem, nie chciała wracać do domu. Chomiczek miał zadziwienie wymalowane na buzi cały czas i tylko od czasu do czasu wołał głośno „wow!” lub „tam!”, pokazując paluszkiem wszelkie cudowności. Razem z tatą próbowali balansować na leżących gdzieniegdzie pniach.

Przez obiektyw aparatu mogłam przybliżyć się do obiektów migoczących na horyzoncie – próbowałam dojrzeć pozostałości po chacie Beezie Gallagher, która aż do swej tragicznej śmierci u schyłku 1949 r., mieszkała na niewielkiej Cottage Island, z ciekawością przypatrywałam się Church Island, która od strony jeziora gubi swój brzeg, zupełnie ukryty pod konarami siegającym tafli wody, powiodłam wzrokiem po budynkach St. Angela’s College i zatrzymałam się na wyznaczającym horyzont Benbulbenie. Spacerując, zadzierałam głowę, by dojrzeć czubki drzew i przekonać się, czy widać przez nie niebo. Zdałam sobie sprawę, że magii lasu, nawet takiego skrawka, nie da się ująć jednym kadrem, opisać jednym zdaniem. Trzeba się w niego zanurzyć, by poczuć wszystkim zmysłami jego atmosferę. Zapach butwiejących liści, dźwięk spadającej szyszki, wilgoć, która osiada na skórze, miękkość mchu pod dłonią. Wyjść z cienia ciężkich gałęzi ku jasnym brzegom jeziora. Chłonąć ciszę, przerywaną jedynie krzykiem porywającej się do lotu czapli. Przysiąść na ławce i pozwolić wyobraźni spotkać skrzypka z Dooney…

fiddler of dooney 01

 

 

 

Ostatnie dni października w Alder Cottage

108

Są dwa głośne święta w Irlandii. Świętego Patryka wiosną i Halloween jesienią. O ile oba święta mają swoje dobre, ładne i radosne strony, o tyle dla sporej grupy Irlandczyków są to dwa dni w roku poświęcone na ekstremalne pijaństwo. Szczególnie hałaśliwe jest Halloween, bo przyciąga przede wszystkim młodych ludzi, którzy – oprócz picia – tej nocy z upodobaniem puszczają przemycone z Irlandii Północnej petardy i fajerwerki. Do tego jeszcze dochodzą dźwięki krążących na sygnale samochodów gardy i ambulansów, pijackie burdy i awantury zakochanych – i mamy obraz wigilii wszystkich świętych widzianej z perspektywy okna w mojej sypialni.

Uciekliśmy. Zaszyliśmy się w sąsiednim hrabstwie, w malowniczo położonym Alder Cottage, którego istnienie potwierdza oficjalna mapa regionu z 1845 roku.

124

Domek stoi ukryty wśród starego drzewostanu, a prowadzi do niego podjazd – drzewny tunel. Wjeżdżając, uczucie jest niesamowite – jakby się przekraczało bramę do innego, baśniowego świata. Sam cottage został rozbudowany i pieczołowicie wyremontowany; obecnie pięknie łączy tradycyjny charakter z potrzebami współczesnego człowieka. Z każdego okna domu rozciąga się malowniczy widok – wysokie drzewa, które o tej porze roku mienią się barwami złota i bursztynu, pastwiska pełne owiec wyciągających szyje, by zobaczyć któż to przyjechał, góra Benbo, wchodząca w skład gór Dartry, które łączą hrabstwa Sligo i Leitrim. Słowem idealne miejsce, by schować się przed hałasem całego świata.

Bohey ma też tę zaletę, że mimo wszystko jest blisko cywilizacji – kilka minut samochodem dzieli je od miejscowości Dromahair z jednej strony, a z drugiej od miasteczka Manorhamilton. Daje to pewne poczucie komfortu, że nie jest się zupełnie odciętym od świata, a jedynie dobrze przed nim ukrytym.

115

W Alder Cottage spędziliśmy zaledwie długi weekend, ale miejsce nadaje się doskonale na dłuższy pobyt. Zarówno dla tych, którzy tylko chcą odpocząć, jak i dla tych, którzy są żądni aktywnego spędzania czasu. W zasięgu ręki, poza najbliższą okolicą, są atrakcje obu hrabstw – Sligo i Leitrim. Niedaleko jest też do granicy z Irlandią Północną. Zaledwie 40 minut drogi wzdłuż jeziora Glencar i dotrzecie do mnie na obiad…

Nie mieliśmy zupełnie planów na pobyt – po prostu chcieliśmy mieć spokój. Był to główny powód, dla którego wybraliśmy się do Alder Cottage. Na miejscu każde z nas zajęło się tym, co mu najbardziej pasowało. Mojemu Mężowi najbardziej przypadła do gustu duża, naprawdę duża wanna, w której przyjemnie było się zanurzyć i relaksować pięknym widokiem za oknem, ciszą przerywaną jedynie świergotem ptaków i pobekiwaniem owiec za płotem. Króliczka właściwie spędzała dni na dworze, biegając ze swoim zabawkowym konikiem lub grając z tatą w ping ponga, do którego stół ustawiono pod wiatą w rogu ogrodu. Chomiczek – i tu mieliśmy naprawdę dużo śmiechu – zakochał się w miotle. Z miotłą w ręku pił mleko, jadł, wędrował po całym domu, trzymał ją nawet w trakcie przewijania. Ja zabrałam ze sobą aparat – przede wszystkim po to, by zrobić portrety dzieciom, na zrobienie których w domu zazwyczaj brakuje czasu i odpowiedniej atmosfery. Nie zawiodłam się, dzieci trochę oszołomione nowym miejscem, nie zwracały za bardzo uwagi na obiektyw, dzięki temu mogłam zrobić im śliczne, naturalne zdjęcia. Oczywiście sfotografowałam też okolicę, dom i przyrodnicze ciekawostki. Kilka ujęć powstało też z myślą o blogu, inne zaś tylko jako sztuka dla sztuki.

114

Pogoda dopisała – czytaj „nie padało” – więc ruszyliśmy na spacer po najbliższych ścieżkach. Krajobraz zupełnie inaczej wygląda z dołu, z domu, z drogi i zupełnie inaczej po przejściu kilkuset metrów pod górę. Góry, które z dołu majaczyły gdzieś na linii horyzontu,  nieco wyżej wydawały się wypełniać całą przestrzeń. Już sama droga z szerokiej, gęsto po obu stronach zadrzewionej szosy, zamienia się w wąski, porośnięty trawą i otoczony chaszczami trakt. Osiągnąwszy pewną wysokość, nareszcie można napawać się widokami totalnie, bo nic już nie zasłania krajobrazu. Czuje się wreszcie bycie częścią Ziemi, a nie tylko elementem w świecie zbudowanym przez człowieka, gdzie nie wiadomo, co spotka nas za rogiem.

Po powrocie do domu przyjemnie było usiąść przy kominku z jedną z licznych książek pozostawionych do dyspozycji gości. Przewertowałam dwie książki kulinarne poświęcone tematyce raw food, a ich lektura tylko potwierdziła moją opinię na temat witarianizmu. Na obiad była więc lasagne, a kolejnego dnia nadziewane piersi kurczaka. Kuchnia w Alder Cottage została zaprojektowana nowocześnie i przyzwoicie wyposażona we wszelkie akcesoria,  toteż z powodzeniem można oddawać się gotowaniu. Wieczorami, kiedy Króliczka wraz z tatą oglądali w kółko kreskówkę Scooby-Doo na zmianę z przygodami Toma i Jerry’ego, zawijałam się w gruby, tweedowy koc, siadałam w jadalni przy kominku i zaśmiewałam się, czytając fragmenty z sekretnych dzienników Adriana Mole’a – książkę oczywiście znalazłam w podręcznej biblioteczce w Alder Cottage. Za kilka lat koniecznie muszę kupić Króliczce, żeby… samej przeczytać raz jeszcze!

121

Weekend upłynął nam naprawdę wesoło, spokojnie i leniwie, więc z odrobiną żalu wracaliśmy do naszej tętniącej życiem wioski. Szczególnie Króliczka nie mogła się pogodzić z rozstaniem ze stołem do ping-ponga oraz z niemożnością zerwania wszystkich jabłek z ogrodowych drzew. Ja zaś ze zdziwieniem odkryłam, ile potrafi wytrzymać bateria w telefonie, gdy się nie korzysta z internetu…

Więcej informacji o Alder Cottage znajdziecie na stronie internetowej i na facebooku.

Blondie z jabłkami i orzechami włoskimi (oraz nawiedzona ulica…)

blondie a n w 6Zbliża się Halloween… Wokół atakują czarownice i kościotrupy na wystawach, na sklepowych półkach, na sezonowych opakowaniach, w prywatnych domach, a dzieci biegają poprzebierane za najcudaczniejsze stworzenia. Internet kipi pomysłami na dyniowe latarnie, artykułami na temat dawnych zwyczajów i ich degrengoladzie we współczesnym świecie oraz listą atrakcji w pubach, community centre’ach i centrach handlowych. W radiu zaroiło się od podobnych reklam, stąd wiem, jakie zabawy odbędą się w poszczególnych miastach w regionie. Polecam odwiedzić Bundoran – parada, konkurs w wycinaniu latarni dyniowych, zawody w grze w kręgle w hotelu oraz imprezy tematyczne w pubach.

Słuchając wczoraj radia, zmroziła mnie wiadomość o morderstwie popełnionym na Mail Coach Road w Sligo. Gardaí obezwładnili mężczyznę, który wciąż dzierżył nóż, ale jego ofiary nie udało się uratować, zgon dziewczyny stwierdzono po przewiezieniu jej do szpitala. Relację znajdziecie na każdym portalu informacyjnym, a dzisiaj pewnie przeczytacie się na pierwszych stronach gazet. Mnie jednak uderzyło miejsce przestępstwa…

Mail Coach Road to krótka uliczka pomiędzy wylotową Pearse Road a wiodącą do katedry Temple Street. Niezbyt szczególna, niezbyt piękna i raczej nudna. Gdy mieszkałam w mieście, codziennie chodziłam nią do pracy. Podobnie cała okolica nie przyciąga niczym interesującym. Ale czy na pewno…?

We wczorajszych relacjach na żywo podkreślano, że morderstwo popełniono w niewielkiej odległości od Old Market Street, gdzie we wrześniu 3 lata temu zamordowano pana Gillespie… W budynku po drugiej stronie Mail Coach Road mieszkają moi znajomi, jeden z nich 5 lat temu wyszedł z domu, by pożegnać się z ziemskim padołem… Szukano go w całej okolicy, a gardaí ostrzegali, że nie szukają żywego człowieka… Kilka lat temu spłonął dom na tej ulicy, przez długi czas straszył czarnymi dziurami zamiast okien… W sierpniu na Temple Street zginął Seamie O’Boyle, jeden z najpopularniejszych radnych w hrabstwie, który doznał ataku serca w trakcie jazdy samochodem i uderzył w posesję… Moja dobra koleżanka wpadła kiedyś zimą na Mail Coach Road w poślizg, samochód odmówił posłuszeństwa i zatrzymał się dopiero, gdy dobił do czegoś solidniejszego. Wróciła do domu pieszo, samochód później ściągnął jej małżonek…

Chociaż zdrowy rozsądek podpowiada, że to zwykły zbieg okoliczności, to z drugiej strony zastanawia, dlaczego tyle dziwnych i tragicznych historii nagromadziło się w jednym miejscu. Jakby jakieś fatum zawisło nad tą ulicą… Zapytałam Męża, czy mógłby tamtędy nie jeździć, tak na wszelki wypadek… Wyśmiał mnie oczywiście!

Na osłodę w pochmurny, deszczowy wieczór, gdy wiatr świszczy smętne nuty na dworze, gdy słychać przeraźliwe miauczenie walczących kotów, gdy słabo widać świat za oknem przez gęste sieci pajęcze, na osłodę, na poprawę humoru – proste ciasto z jabłkami i orzechami włoskimi. Rozpalcie ogień w kominku, zagotucie wodę na herbatę, a okruszki wysypcie za progiem… dla duchów, tak na wszelki wypadek…

blondie a n w 7blondie a n w 5BLONDIE Z JABŁKAMI I ORZECHAMI WŁOSKIMI

  • 125 g masła
  • 200 g jasnego cukru brązowego (miałkiego)
  • 2 duże jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 niewielkie jabłko
  • 100 g orzechów włoskich
  • cukier puder do posypania

Kwadratową formę (20 cm x 20 cm) smarujemy odrobiną masła i wykładamy papierem do pieczenia. Piekarnik nastawiamy na 160°C z termoobiegiem. Orzechy dość grubo siekamy, jabłko obieramy i kroimy w drobną kostkę.

Masło wraz cukrem ucieramy w misce na puszystą masę, stopniowo dodajemy jajka oraz ekstrakt z wanilii, cały czas ucierając. Dodajemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia. Mieszamy. Dodajemy pokrojone jabłko i posiekane orzechy. Dokładnie mieszamy.

Ciasto przekładamy do przygotowanej formy, wygładzamy wierzch, wstawiamy do piekarnika na ok. 40 minut. Po wyjęciu zostawiamy w formie na kilka minut, następnie przekładamy na kratkę do zupełnego wystygnięcia. Kroimy na 9 kwadratowych porcji, przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.

blondie a n w 8

(przepis: 1001 Cupcakes, Cookies & other tempting treats)

Jesienne słodkości!

Jesienne wędrowanie

Delikatne stukanie do drzwi. – Możesz wejść Kochanie! W drzwiach pojawia się głowa Króliczki. – Wejdź, wejdź. Skończyłam już karmić… Malutka zbliża się z rozwartymi oczami, z przymilną miną. Łasi się jak kot, tuląc się do mojego ramienia. – Tata powiedział, że włączy mi bajki, ale tylko ja ty się zgodzisz. Zgadzasz się Mamo? Oczywiście, że się nie zgadzam, wzdycham i odsyłam zasmucone dziecko, by poinformowało o decyzji Tatę. (Swoją drogą to bardzo wygodne zepchnąć na mnie podejmowanie decyzji okropnych z punktu widzenia dziecka… Ktoś w domu musi trzymać ster, inczej dawno utknęlibyśmy na mieliźnie…)

Pięć minut później ruszam na poszukiwania Króliczki. Znajdują ją na poddaszu, gdzie przycupnięta „projektuje” dom niczym tata. Przygryza koniec ołówka i liczy okna na elewacji budynku przypominającego wieżę w Pizie. – Mamo, a może pogramy w chińczyka… Proponuję spacer, chociaż już późne popołudnie, ale ciepło jeszcze i słonecznie. Króliczka jeszcze próbuje przekonać mnie do chińczyka, jak nie chińczyk, to chociaż plac zabaw, a nie spacer. Nim zejdziemy na dół, wynegocjowała plac zabaw w drodze powrotnej. – Mamo, a mogę zabrać lornetkę…? – pyta niepewnie, nie zdając sobie sprawy, że to najlepsze pytanie jakie zadała przez cały dzień.

zsj 8
– Zabiorę Cię tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłyśmy razem, chcesz? Malutka nie wierzy, że nasza wieś kryje jakieś niespenetrowane przez nią rejony. Trochę zaskoczona podąża ze mną drogą wijącą się za kościołem. Przecież tutaj wszystkie domy zna! O, tu mieszka jedna koleżanka, a za zakrętem kolejna! – Ale my idziemy jeszcze dalej Kochanie…

zsj 2
Mijamy ostatnie pojedyncze domy, pokazuję, gdzie mieszka jeszcze jedna jej koleżanka. Wędrujemy coraz bardziej pozarastaną drogą, wokół coraz gęstsze zarośla, coraz więcej drzew, czuć wilgotny, torfowy zapach, drobne owady latają wokół wózka Chomiczka. – Mamo! Co to za zapach? – Tak pachnie irlandzka ziemia. – Dlaczego tylko tutaj, a koło domu już nie.
– Właśnie dlatego, że w pobliżu nie ma domów. Tutaj przyroda może rosnąć bez skrępowania, dlatego jest tu tak bujnie i zielono.

zsj 6zsj 7
Docieramy do Rinroe, które wciąż jest clachan, małą osadą ukrytą przed światem w gąszczu drzew. Nasza wieś się rozrasta, ale jeszcze nie wchłonęła tego unikatowego osiedla złożonego z kilku zaledwie domostw. Pytam Króliczkę, czy wracamy do wsi, bo obiecałam jej wizytę na placu zabaw. – Nie! Chcę więcej nature! Nature! Nature! Nature! – wykrzykuje schowana za lunetami lornetki, wpatrzona w odległy punkt na horyzoncie.

Skręcamy więc w lewo i zmierzamy dalej boreen, aż do momentu, gdy dróżka wpada do rzeki. Króliczka sceptycznie się przygląda okolicy, podejrzewając, że matka zabłądziła lub oszalała. Pokazuję jej, że droga ciągnie się dalej po drugiej stronie rzeki oraz wskazuję koleiny na brzegu zostawione przez koła samochodowe. – Mamo, jesteś pewna, że mamy przejśc przez wodę?
– Oczywiście, że nie! My pójdziemy tędy… – dopiero teraz Króliczka dostrzega wąziutką ścieżynkę za krzewami. Bardzo wolno popycham wózek, by nie stoczyć się w dół nasypu, Króliczka zmierza za mną, głośno wyrażając swe wątpliwości. Gdy nagle pojawia się kładka, aż podskakuje z wrażenia. – Skąd wiedziałaś, że tutaj jest mostek?!

zsj 5zsj 4
Zabytkowa, nieco pordzewiała kładka dla pieszych nie podoba się Malutkiej, ostrożnie więc wycofujemy się z porotem na drogę. Króliczka przodem, ja z wózkiem na wstecznym biegu, bo zbyt wąsko, by zawrócić. Kierujemy się w stronę wsi, zachodzące słońce grzeje nam plecy, a Króliczka wypatruje ciekawostki po drodze. – Patrz, Mamo, but konia! – Co takiego? – Tam, tam, na słupie jest horseshoe! Rzeczywiście znacznie poniżej poziomu mojego wzroku ktoś umocował podkowę. Czasami przydaje się mieć 120 centymetrów wzrostu…

zsj 3
W domu naszej córce nie zamyka się buzia, koniecznie musi o wszystkim opowiedzieć tacie. Oglądając zdjęcia, Mój Mąż stwierdza, że musi się więcej z nami chodzić, bo ten most widzi pierwszy raz w życiu. – Ale dlaczego ten kabel elektryczny ujęłaś? Mogło być ładne zdjęcie…
– Oj tam, a nie możesz usunąć mi go w photoshopie? Nie byłby sobą, gdyby po prostu usunął…

zsj 10zsj 9—————————————————————————————————————————————

– Mamo! Bardzo podobało mi się na spacerze. A teraz już mogę poogląć bajkę?

zsj 1

…szlakiem Gleniff Horseshoe

Moja najbliższa okolica widziana oczami autorki bloga “Relacje nieposznurowane”…

relacje nieposznurowane

Gleniff Horseshoe to niezmiernie malownicza trasa prowadząca wzdłuż górskiego pasma Dartry.Jej początek znajduje się dosłownie parę metrów od Creevykeel Court Cairn o ktorym pisalam tutaj.Nazwa Horseshoe wzięła się od kształtu owej drogi,której to układ do złudzenia przypomina właśnie podkowę.

Już na samym starcie trasa obfituje w fantastyczne widoki.Mimo że Dartry Mountains nie są zbyt wysokie,to i tak szczyty rysujące się na tle błękitnego nieba wyglądają imponująco.

DSCN4727-2

DSCN4695-2

DSCN4701-1

Droga jest dość wąska,więc jeśli wybierzemy się autem trzeba bardzo ostrożnie prowadzić.Ale tak naprawdę szkoda siedzieć w samochodzie przy tak wspaniałych okolicznościach przyrody.Lepiej gdzieś zaparkować i ruszyć dalej pieszo.Wtedy można chłonąć otaczające nas piękno wszystkimi zmysłami.

DSCN4764-2

Tu i ówdzie krajobraz nas trochę zaskakuje-żółta trawa,uschnięte drzewka…wygląda to co najmniej tak,jakby od dłuższego czasu panowała tu susza.Jest to dość dziwne zważywszy na częste opady deszczu w Irlandii.

DSCN4731-1

DSCN4742-1

DSCN4746-1

Na szczęście kontrastuje z tym soczysta zieleń lasów,które nie tylko obrastają łagodne zbocza gór,ale również ciągną się niemalże…

View original post 351 more words

Czym karmią w irlandzkim szpitalu?

Fejsbuk lubi zaskakiwać, wyświetlając nieoczekiwane treści tylko dlatego, że ktoś z naszych znajomych coś tam polubił, skomentował lub jedno i drugie. W ten sposób dowiedziałam się, że istnieje fejsbukowa strona poświęcona w całości posiłkom serwowanym w polskich szpitalach. Jej celem jest nagradzanie pochwałami te szpitale, które karmią przywoicie swoich pacjentów, a karcenie za marną strawę dla rekonwalescentów. Z nadzieją, że wystawienie na widok publiczny haniebnych zaniedbań wywoła odpowiedni nacisk, by dana placówka zapragnęła zmian i poprawy wizerunku. Zainspirowana postanowiłam udokumentować mój niedawny pobyt w szpitalu w Sligo od strony kulinarnej.

O tym, że posiłki wpływają na nasze zdrowie nie trzeba nikogo przekonywać. Także o tym, że właściwa dieta może być istotną częścią terapii. Wiedzieli o tym już starożytni lekarze, a dzisiejsi również coraz częściej alarmują, że nie samymi pigułkami leczy się chorych. Posiłki serwowane na oddziale położniczym w Sligo Regional Hospital są przykładem typowej współczesnej kuchni irlandzkiej. Jednym słowem – jedzenie przypomina domowe.

5Pierwszy posiłek zjedliśmy wspólnie z Mężem (tak, tak – jego też nakarmiono) tuż po wydaniu Chomiczka na świat. Że był to środek nocy, dostaliśmy tylko tosty z masłem i dżemem oraz herbatę (z mlekiem oczywiście). Na tosty z dżemem i herbatę można liczyć o każdej porze – przekonałam się o tym, gdy wilczy apetyt dopadł mnie o 5 nad ranem, a zjedzenie dwóch wielozbożowych batoników tylko go zaostrzyło.

Śniadanie wygląda tak samo każdego dnia – tosty z marmoladą pomarańczową i masłem oraz do wyboru płatki kukurydziane lub ryżowe krispies. I oczywiście herbata z mlekiem. Bez polotu, ale głód dobrze zaspokojony. Co ciekawe pora śniadania pokrywa się z porą obchodu – lekarz wypytuje o niezbyt apetyczne aspekty połogu pacjentkę przełykającą właśnie kolejny kęs chleba. Cóż, nic co ludzkie…

1Lunch to opcja pomiędzy solidniejszą wersją śniadania a współczesną wersją tradycyjnej irlandzkiej sałatki. Jajecznica (irlandzką robi się z dodatkiem masła i mleka) lub smażone kiełbaski, bekon i fasolka w pomidorach. Razowy chleb na sodzie lub tosty. I oczywiście herbata z mlekiem. W skład sałatki wchodzą obowiązkowo coleslaw (posiekana biała kapusta z majonezem) i potato salad (ziemniaki z majonezem).  Swego czasu produkowałam codziennie takie kombinacje, gdy pracowałam w coffee shopie obsługującym prywatny szpital na południu miasta.

62Od 15 do 20 można odwiedzać młode mamy i poprzeszkadzać im m.in. w trakcie obiadu. Na posiłek obiadowy składa się danie główne oraz deser. Irlandzki obiad to rozgotowane warzywa, puree ziemniaczane oraz solidna porcja mięsa – w zależności od dnia do wyboru bywa kurczak, ryba lub wieprzowina. Mięso musi być polane obficie gravy (sos, który powstaje naturalnie w trakcie pieczenia mięsa lub z granulowanego produktu instant…). Deserem okazała się galaretka pomarańczowa z kawałkami brzoskwini oraz lody śmietankowe.

3Kolacji nie ma, ale jak pisałam, na tosty i herbatę można liczyć o każdej porze.

4Szpitalnej kuchni na pewno brakuje finezji (złośliwi mogą dodać, że irlandzkiej kuchni w ogóle brak finezji), ale schudnąć na takiej diecie trudno. Tym razem nie spędziłam zbyt wiele czasu w szpitalnym łóżku, by zrobić porządny fotoreportaż, ale tych kilka zdjęć musi w zupełności wystarczyć, bo nie wybieram się na ponowny rekonesans. Home sweet home – jak mawiają wyspiarze.