Benbulben Motor Show 2016

ben motor show 015

Kolejna impreza plenerowa w mojej wsi. I ponownie skierowana do miłośników motoryzacji. Tym razem pokaz zabytkowych (mniej lub bardziej, a czasem i wcale) samochodów, motocykli a nawet kilku traktorów. Celem wydarzenia była zbiórka funduszy na rzecz naszego stowarzyszenia (Grange and Armada Development Association) oraz Sligo Bay Lifeboat Station (RNLI).

Plac przed Gilroy’s Tiles zapełniły wypielęgnowane cacka, błyszczące wypolerowaną karoserią i chromowanymi zderzakami. Pod maskami ginęli zainteresowani szczegółami technicznymi mężczyźni, dzieci ciągnęły matki w stronę budki z lodami, fotografowie prawie kładli się na ziemi, by ich obiektywy mogły stanąć oko w oko z tablicami rejestracyjnymi. W tej kwestii jestem zupełną ignorantką, bardziej pociągał mnie ogólny widok na zastałą sytuację, feria barw i powtarzalność elemantów, niż poszczególne modele same w sobie. Jeszcze większym ignorantem był tylko fotoreporter z lokalnej gazety, którego same pojazdy w ogóle nie interesowały, a ludzie, którzy chętnie kupią gazetę, jeśli znajdzie się w niej ich portret rodzinny.

ben motor show 022

Pogoda niemal do końca była piękna. Rozsiedliśmy się wygodnie pod markizą dosłownie u szczytu głównej alei wystawowej z widokiem na Benbulbena. Prawie jak królewska świta mieliśmy ogląd na całe show. Kawa w jednej dłoni, ulotki reklamujące festiwal (Celtic Fringe Fest) w drugiej, nogi przed siebie do słońca, muzyka przygrywała po prawej stronie, po lewej od wjazdu osłaniał nas słomiany galeon, szef udzielał wywiadu reporterce Irish TV, a reszta ekipy docinała sobie nawzajem – żartobliwie, w irlandzkim stylu.

Zabrałam ze sobą Chomiczka, w końcu chłopak powinien interesować się pojazdami mechanicznymi. Co tam się będzie dziecko bawiło zabaweczkami, niech się życia uczy od małego. Nie wiem, czy był zainteresowany samochodami, ale wszyscy podziwiali jego wielkopańskie maniery. Rozłożył się w wózku, ignorował otoczenie i wyglądał na zadowolonego z leniwego życia. Wiadomo – do czasu… Gdy się znudził nicnierobieniem, zdezerterowałam do domu.

Malutki miał wyczucie. Ledwo zamknęłam drzwi wejściowe, zaczęło robić się ciemno, a pięć minut później rozpętała się burza. Ale potem pachniało ozonem!

Traktor i walentynki, czyli romantyzm spod Benbulbena

tractor 917

Gdzie najlepiej spędzić walentynki? Oczywiście w Grange, rozkoszując się widokami, czystym, wiejskim powietrzem i biorąc udział w wyścigu maszyn rolniczych…

Na wyścigi traktorów ciągną tłumnie farmerzy nie tylko z najbliższej okolicy, ale także z innych hrabstw. Wyciągają swoje ulubione maszyny, by pognać na warczących „rumakach” wąskimi drogami wśród malowniczej scenerii gór Dartry. Wśród ciagników wszelkiej maści dostrzegliśmy prawdziwe krążowniki pól i łąk, popularne modele „na każdą kieszeń” oraz unikatowe, wiekowe perełki pieczołowicie zakonserwowane przez sentymentalnych rolników.

Króliczka była w swoim żywiole – jak pamiętacie, ma ona ogromny żal do swojego rodziciela, że nie jest farmerem. Tatusiowie jej koleżanek i kolegów są nimi i według naszej córki tylko mężczyźni z traktorami są warci uwagi. W szoferce ciągnika dyrygowała kolegami z takim przekonaniem, że każdy uwierzyłby, że to farmerskie dziecko z dziada pradziada.

Ponieważ pogoda w niedzielę była wyborna, słońce świeciło przez cały dzień i nawet wiatr poszedł spać, zabraliśmy Chomiczka na spacer, by wyjść naprzeciw traktorom w ich drodze powrotnej do wsi. Maluszek miał w nosie wyścigi i spał w wózku jak suseł, za to my z niecierpliwością czekaliśmy, by zobaczyć znajomych pędzących ku mecie.

Po wyścigu czekał na uczestników poczęstunek w pubie, przed którym stał zapakowany po dach balonami ciągnik. Zagadka polegała oczywiście na podaniu liczby serduszkowych balonów, które z góry wyglądały bardziej na kobiece piersi niż serca… Wieczorem odbyła się wiejska potupanka, a cała zabawa z wyścigiem była imprezą zasilającą budżet wystawy rolniczej, która co roku odbywa się w naszej wsi.

Trzeba mieć fantazję, by wiejskie gonitywy na traktorach urządzić właśnie w walentynki. Czy książę na białym koniu nie jest wystarczająco oklepanym motywem? Gdzie mu tam do rolnika i ciągnika!? Sami przyznacie, że to dopiero szał!

Blondie z jabłkami i orzechami włoskimi (oraz nawiedzona ulica…)

blondie a n w 6Zbliża się Halloween… Wokół atakują czarownice i kościotrupy na wystawach, na sklepowych półkach, na sezonowych opakowaniach, w prywatnych domach, a dzieci biegają poprzebierane za najcudaczniejsze stworzenia. Internet kipi pomysłami na dyniowe latarnie, artykułami na temat dawnych zwyczajów i ich degrengoladzie we współczesnym świecie oraz listą atrakcji w pubach, community centre’ach i centrach handlowych. W radiu zaroiło się od podobnych reklam, stąd wiem, jakie zabawy odbędą się w poszczególnych miastach w regionie. Polecam odwiedzić Bundoran – parada, konkurs w wycinaniu latarni dyniowych, zawody w grze w kręgle w hotelu oraz imprezy tematyczne w pubach.

Słuchając wczoraj radia, zmroziła mnie wiadomość o morderstwie popełnionym na Mail Coach Road w Sligo. Gardaí obezwładnili mężczyznę, który wciąż dzierżył nóż, ale jego ofiary nie udało się uratować, zgon dziewczyny stwierdzono po przewiezieniu jej do szpitala. Relację znajdziecie na każdym portalu informacyjnym, a dzisiaj pewnie przeczytacie się na pierwszych stronach gazet. Mnie jednak uderzyło miejsce przestępstwa…

Mail Coach Road to krótka uliczka pomiędzy wylotową Pearse Road a wiodącą do katedry Temple Street. Niezbyt szczególna, niezbyt piękna i raczej nudna. Gdy mieszkałam w mieście, codziennie chodziłam nią do pracy. Podobnie cała okolica nie przyciąga niczym interesującym. Ale czy na pewno…?

We wczorajszych relacjach na żywo podkreślano, że morderstwo popełniono w niewielkiej odległości od Old Market Street, gdzie we wrześniu 3 lata temu zamordowano pana Gillespie… W budynku po drugiej stronie Mail Coach Road mieszkają moi znajomi, jeden z nich 5 lat temu wyszedł z domu, by pożegnać się z ziemskim padołem… Szukano go w całej okolicy, a gardaí ostrzegali, że nie szukają żywego człowieka… Kilka lat temu spłonął dom na tej ulicy, przez długi czas straszył czarnymi dziurami zamiast okien… W sierpniu na Temple Street zginął Seamie O’Boyle, jeden z najpopularniejszych radnych w hrabstwie, który doznał ataku serca w trakcie jazdy samochodem i uderzył w posesję… Moja dobra koleżanka wpadła kiedyś zimą na Mail Coach Road w poślizg, samochód odmówił posłuszeństwa i zatrzymał się dopiero, gdy dobił do czegoś solidniejszego. Wróciła do domu pieszo, samochód później ściągnął jej małżonek…

Chociaż zdrowy rozsądek podpowiada, że to zwykły zbieg okoliczności, to z drugiej strony zastanawia, dlaczego tyle dziwnych i tragicznych historii nagromadziło się w jednym miejscu. Jakby jakieś fatum zawisło nad tą ulicą… Zapytałam Męża, czy mógłby tamtędy nie jeździć, tak na wszelki wypadek… Wyśmiał mnie oczywiście!

Na osłodę w pochmurny, deszczowy wieczór, gdy wiatr świszczy smętne nuty na dworze, gdy słychać przeraźliwe miauczenie walczących kotów, gdy słabo widać świat za oknem przez gęste sieci pajęcze, na osłodę, na poprawę humoru – proste ciasto z jabłkami i orzechami włoskimi. Rozpalcie ogień w kominku, zagotucie wodę na herbatę, a okruszki wysypcie za progiem… dla duchów, tak na wszelki wypadek…

blondie a n w 7blondie a n w 5BLONDIE Z JABŁKAMI I ORZECHAMI WŁOSKIMI

  • 125 g masła
  • 200 g jasnego cukru brązowego (miałkiego)
  • 2 duże jajka
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 250 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 niewielkie jabłko
  • 100 g orzechów włoskich
  • cukier puder do posypania

Kwadratową formę (20 cm x 20 cm) smarujemy odrobiną masła i wykładamy papierem do pieczenia. Piekarnik nastawiamy na 160°C z termoobiegiem. Orzechy dość grubo siekamy, jabłko obieramy i kroimy w drobną kostkę.

Masło wraz cukrem ucieramy w misce na puszystą masę, stopniowo dodajemy jajka oraz ekstrakt z wanilii, cały czas ucierając. Dodajemy przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia. Mieszamy. Dodajemy pokrojone jabłko i posiekane orzechy. Dokładnie mieszamy.

Ciasto przekładamy do przygotowanej formy, wygładzamy wierzch, wstawiamy do piekarnika na ok. 40 minut. Po wyjęciu zostawiamy w formie na kilka minut, następnie przekładamy na kratkę do zupełnego wystygnięcia. Kroimy na 9 kwadratowych porcji, przed podaniem posypujemy cukrem pudrem.

blondie a n w 8

(przepis: 1001 Cupcakes, Cookies & other tempting treats)

Jesienne słodkości!

Jesienne wędrowanie

Delikatne stukanie do drzwi. – Możesz wejść Kochanie! W drzwiach pojawia się głowa Króliczki. – Wejdź, wejdź. Skończyłam już karmić… Malutka zbliża się z rozwartymi oczami, z przymilną miną. Łasi się jak kot, tuląc się do mojego ramienia. – Tata powiedział, że włączy mi bajki, ale tylko ja ty się zgodzisz. Zgadzasz się Mamo? Oczywiście, że się nie zgadzam, wzdycham i odsyłam zasmucone dziecko, by poinformowało o decyzji Tatę. (Swoją drogą to bardzo wygodne zepchnąć na mnie podejmowanie decyzji okropnych z punktu widzenia dziecka… Ktoś w domu musi trzymać ster, inczej dawno utknęlibyśmy na mieliźnie…)

Pięć minut później ruszam na poszukiwania Króliczki. Znajdują ją na poddaszu, gdzie przycupnięta „projektuje” dom niczym tata. Przygryza koniec ołówka i liczy okna na elewacji budynku przypominającego wieżę w Pizie. – Mamo, a może pogramy w chińczyka… Proponuję spacer, chociaż już późne popołudnie, ale ciepło jeszcze i słonecznie. Króliczka jeszcze próbuje przekonać mnie do chińczyka, jak nie chińczyk, to chociaż plac zabaw, a nie spacer. Nim zejdziemy na dół, wynegocjowała plac zabaw w drodze powrotnej. – Mamo, a mogę zabrać lornetkę…? – pyta niepewnie, nie zdając sobie sprawy, że to najlepsze pytanie jakie zadała przez cały dzień.

zsj 8
– Zabiorę Cię tam, gdzie jeszcze nigdy nie byłyśmy razem, chcesz? Malutka nie wierzy, że nasza wieś kryje jakieś niespenetrowane przez nią rejony. Trochę zaskoczona podąża ze mną drogą wijącą się za kościołem. Przecież tutaj wszystkie domy zna! O, tu mieszka jedna koleżanka, a za zakrętem kolejna! – Ale my idziemy jeszcze dalej Kochanie…

zsj 2
Mijamy ostatnie pojedyncze domy, pokazuję, gdzie mieszka jeszcze jedna jej koleżanka. Wędrujemy coraz bardziej pozarastaną drogą, wokół coraz gęstsze zarośla, coraz więcej drzew, czuć wilgotny, torfowy zapach, drobne owady latają wokół wózka Chomiczka. – Mamo! Co to za zapach? – Tak pachnie irlandzka ziemia. – Dlaczego tylko tutaj, a koło domu już nie.
– Właśnie dlatego, że w pobliżu nie ma domów. Tutaj przyroda może rosnąć bez skrępowania, dlatego jest tu tak bujnie i zielono.

zsj 6zsj 7
Docieramy do Rinroe, które wciąż jest clachan, małą osadą ukrytą przed światem w gąszczu drzew. Nasza wieś się rozrasta, ale jeszcze nie wchłonęła tego unikatowego osiedla złożonego z kilku zaledwie domostw. Pytam Króliczkę, czy wracamy do wsi, bo obiecałam jej wizytę na placu zabaw. – Nie! Chcę więcej nature! Nature! Nature! Nature! – wykrzykuje schowana za lunetami lornetki, wpatrzona w odległy punkt na horyzoncie.

Skręcamy więc w lewo i zmierzamy dalej boreen, aż do momentu, gdy dróżka wpada do rzeki. Króliczka sceptycznie się przygląda okolicy, podejrzewając, że matka zabłądziła lub oszalała. Pokazuję jej, że droga ciągnie się dalej po drugiej stronie rzeki oraz wskazuję koleiny na brzegu zostawione przez koła samochodowe. – Mamo, jesteś pewna, że mamy przejśc przez wodę?
– Oczywiście, że nie! My pójdziemy tędy… – dopiero teraz Króliczka dostrzega wąziutką ścieżynkę za krzewami. Bardzo wolno popycham wózek, by nie stoczyć się w dół nasypu, Króliczka zmierza za mną, głośno wyrażając swe wątpliwości. Gdy nagle pojawia się kładka, aż podskakuje z wrażenia. – Skąd wiedziałaś, że tutaj jest mostek?!

zsj 5zsj 4
Zabytkowa, nieco pordzewiała kładka dla pieszych nie podoba się Malutkiej, ostrożnie więc wycofujemy się z porotem na drogę. Króliczka przodem, ja z wózkiem na wstecznym biegu, bo zbyt wąsko, by zawrócić. Kierujemy się w stronę wsi, zachodzące słońce grzeje nam plecy, a Króliczka wypatruje ciekawostki po drodze. – Patrz, Mamo, but konia! – Co takiego? – Tam, tam, na słupie jest horseshoe! Rzeczywiście znacznie poniżej poziomu mojego wzroku ktoś umocował podkowę. Czasami przydaje się mieć 120 centymetrów wzrostu…

zsj 3
W domu naszej córce nie zamyka się buzia, koniecznie musi o wszystkim opowiedzieć tacie. Oglądając zdjęcia, Mój Mąż stwierdza, że musi się więcej z nami chodzić, bo ten most widzi pierwszy raz w życiu. – Ale dlaczego ten kabel elektryczny ujęłaś? Mogło być ładne zdjęcie…
– Oj tam, a nie możesz usunąć mi go w photoshopie? Nie byłby sobą, gdyby po prostu usunął…

zsj 10zsj 9—————————————————————————————————————————————

– Mamo! Bardzo podobało mi się na spacerze. A teraz już mogę poogląć bajkę?

zsj 1

…szlakiem Gleniff Horseshoe

Moja najbliższa okolica widziana oczami autorki bloga “Relacje nieposznurowane”…

relacje nieposznurowane

Gleniff Horseshoe to niezmiernie malownicza trasa prowadząca wzdłuż górskiego pasma Dartry.Jej początek znajduje się dosłownie parę metrów od Creevykeel Court Cairn o ktorym pisalam tutaj.Nazwa Horseshoe wzięła się od kształtu owej drogi,której to układ do złudzenia przypomina właśnie podkowę.

Już na samym starcie trasa obfituje w fantastyczne widoki.Mimo że Dartry Mountains nie są zbyt wysokie,to i tak szczyty rysujące się na tle błękitnego nieba wyglądają imponująco.

DSCN4727-2

DSCN4695-2

DSCN4701-1

Droga jest dość wąska,więc jeśli wybierzemy się autem trzeba bardzo ostrożnie prowadzić.Ale tak naprawdę szkoda siedzieć w samochodzie przy tak wspaniałych okolicznościach przyrody.Lepiej gdzieś zaparkować i ruszyć dalej pieszo.Wtedy można chłonąć otaczające nas piękno wszystkimi zmysłami.

DSCN4764-2

Tu i ówdzie krajobraz nas trochę zaskakuje-żółta trawa,uschnięte drzewka…wygląda to co najmniej tak,jakby od dłuższego czasu panowała tu susza.Jest to dość dziwne zważywszy na częste opady deszczu w Irlandii.

DSCN4731-1

DSCN4742-1

DSCN4746-1

Na szczęście kontrastuje z tym soczysta zieleń lasów,które nie tylko obrastają łagodne zbocza gór,ale również ciągną się niemalże…

View original post 351 more words

Remembering the Armada

a10W ubiegły weekend nasza spokojna wieś zamieniła się w uliczną fiestę pełną barw i muzyki. Celtic Fringe Festival 2015 okazał się wielkim sukcesem, a echo wydarzeń dotarło do Hiszpanii, gdzie relację z niego zdały nie tylko historyczne portale internetowe, ale również najważniejsze dzienniki i stacje radiowe. Dlaczego? W sobotę, 19 września, na plaży w Streedagh uczciliśmy pamięć 1100 żołnierzy i żeglarzy, którzy tragicznie zginęli u jej brzegów w 1588 podczas ucieczki Wielkiej Armady po przegranej bitwie z Anglikami.

Barwny korowód pod przewodnictwem galicyjskich muzyków z grupy aCentral Folque wyruszył pieszo ze wsi, by po godzinie dotrzeć na plażę, na której już czekali z pokazem walk na miecze artyści Claoímh. Na samej plaży wygrabiono setki krzyży (od rana przyjaciele festiwalu pracowali z grabiami ogrodowymi), a oficjalną część otworzył przewodniczący GADA, który wjechał na plażę w rydwanie na miarę naszych czasów. Modlitwy odmówili wielebni Tom Hever (ksiądz z katedry w Sligo) oraz Isaac Hanna (rektor z kościółka w Drumcliff). Następnie nurkowie zrzeszeni w Sligo Sub Aqua Clubie złożyli na dnie oceanu wieniec w barwach Królestwa Hiszpanii. Dzieci wzięły udział w dwóch konkursach – na najlepszy kostium inspirowany losami Armady oraz w budowaniu zamków z piasku. Zabawę kontynuowano we wsi, gdzie w namiocie w parku rozbrzmiewała do późnej nocy muzyka, zaś lokalne piwo sprzedawano… w czteropakach…

Króliczce bardzo się podobało na plaży, żałowała tylko, że zapomnieli z Tatą zabrać łopatki i nie zrobiła zamku z piasku. Sądząc po stanie jej odzieży, chyba jednak zdążyła nogą wykopać jakiś dół w piachu… Mojemu Mężowi też się podobało, szczególnie rzemieślnicze piwa, które przyniósł pod pachą… Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć, polecam fotorelację Ciarana McHugh udostępnioną na fanpage’u festiwalu.

Czym karmią w irlandzkim szpitalu?

Fejsbuk lubi zaskakiwać, wyświetlając nieoczekiwane treści tylko dlatego, że ktoś z naszych znajomych coś tam polubił, skomentował lub jedno i drugie. W ten sposób dowiedziałam się, że istnieje fejsbukowa strona poświęcona w całości posiłkom serwowanym w polskich szpitalach. Jej celem jest nagradzanie pochwałami te szpitale, które karmią przywoicie swoich pacjentów, a karcenie za marną strawę dla rekonwalescentów. Z nadzieją, że wystawienie na widok publiczny haniebnych zaniedbań wywoła odpowiedni nacisk, by dana placówka zapragnęła zmian i poprawy wizerunku. Zainspirowana postanowiłam udokumentować mój niedawny pobyt w szpitalu w Sligo od strony kulinarnej.

O tym, że posiłki wpływają na nasze zdrowie nie trzeba nikogo przekonywać. Także o tym, że właściwa dieta może być istotną częścią terapii. Wiedzieli o tym już starożytni lekarze, a dzisiejsi również coraz częściej alarmują, że nie samymi pigułkami leczy się chorych. Posiłki serwowane na oddziale położniczym w Sligo Regional Hospital są przykładem typowej współczesnej kuchni irlandzkiej. Jednym słowem – jedzenie przypomina domowe.

5Pierwszy posiłek zjedliśmy wspólnie z Mężem (tak, tak – jego też nakarmiono) tuż po wydaniu Chomiczka na świat. Że był to środek nocy, dostaliśmy tylko tosty z masłem i dżemem oraz herbatę (z mlekiem oczywiście). Na tosty z dżemem i herbatę można liczyć o każdej porze – przekonałam się o tym, gdy wilczy apetyt dopadł mnie o 5 nad ranem, a zjedzenie dwóch wielozbożowych batoników tylko go zaostrzyło.

Śniadanie wygląda tak samo każdego dnia – tosty z marmoladą pomarańczową i masłem oraz do wyboru płatki kukurydziane lub ryżowe krispies. I oczywiście herbata z mlekiem. Bez polotu, ale głód dobrze zaspokojony. Co ciekawe pora śniadania pokrywa się z porą obchodu – lekarz wypytuje o niezbyt apetyczne aspekty połogu pacjentkę przełykającą właśnie kolejny kęs chleba. Cóż, nic co ludzkie…

1Lunch to opcja pomiędzy solidniejszą wersją śniadania a współczesną wersją tradycyjnej irlandzkiej sałatki. Jajecznica (irlandzką robi się z dodatkiem masła i mleka) lub smażone kiełbaski, bekon i fasolka w pomidorach. Razowy chleb na sodzie lub tosty. I oczywiście herbata z mlekiem. W skład sałatki wchodzą obowiązkowo coleslaw (posiekana biała kapusta z majonezem) i potato salad (ziemniaki z majonezem).  Swego czasu produkowałam codziennie takie kombinacje, gdy pracowałam w coffee shopie obsługującym prywatny szpital na południu miasta.

62Od 15 do 20 można odwiedzać młode mamy i poprzeszkadzać im m.in. w trakcie obiadu. Na posiłek obiadowy składa się danie główne oraz deser. Irlandzki obiad to rozgotowane warzywa, puree ziemniaczane oraz solidna porcja mięsa – w zależności od dnia do wyboru bywa kurczak, ryba lub wieprzowina. Mięso musi być polane obficie gravy (sos, który powstaje naturalnie w trakcie pieczenia mięsa lub z granulowanego produktu instant…). Deserem okazała się galaretka pomarańczowa z kawałkami brzoskwini oraz lody śmietankowe.

3Kolacji nie ma, ale jak pisałam, na tosty i herbatę można liczyć o każdej porze.

4Szpitalnej kuchni na pewno brakuje finezji (złośliwi mogą dodać, że irlandzkiej kuchni w ogóle brak finezji), ale schudnąć na takiej diecie trudno. Tym razem nie spędziłam zbyt wiele czasu w szpitalnym łóżku, by zrobić porządny fotoreportaż, ale tych kilka zdjęć musi w zupełności wystarczyć, bo nie wybieram się na ponowny rekonesans. Home sweet home – jak mawiają wyspiarze.