Pogacze – węgierska przekąska do piwa

pogacze 21

Piątek! Piątunio! Kocham piątki, bo w szkole Króliczki nie zadają nic na weekend, więc po południu ona ma labę, a ja nie muszę cerberować, żeby odrobiła wszystko. I najważniejsze – nie muszę tego sprawdzać! Wiecie, jak teraz uczą matematyki? Już za moich czasów szkolnych było dużo logiki, ale teraz są chyba same zadania logiczne. Według podtytułu książki jest to mental maths. Mental to będzie moja następna destynacja – mental hospital.

Continue reading

Advertisements

Owsiane muffiny z gruszkami

muffiny gruszkowe 21

Coś słodkiego na rozpoczęcie roku szkolnego. Coś jesiennego, bo to już wrzesień. Są więc gruszki, melasowy cukier muscovado oraz korzenne przyprawy. A że pogoda wciąż cudna, to szkoda siedzieć godzinami w kuchni, więc takie bułeczki z foremek na szybko sprawdzają się doskonale.

Piekę, gdy Chomiczek oddaje się popołudniowej drzemce, bo i tak jestem uziemiona w domu. Kiedy wybór spędzenia tego czasu toczy się między prasowaniem a wymyśleniem sobie innego zajęcia, wiadomo, że muszę coś sobie zorganizować… Naprawdę nie lubię prasowania! Góra prania jeszcze nie jest zbyt duża, toteż staram się udawać, że jej nie widzę.

Continue reading

Tam, gdzie grałem na skrzypcach… Dooney Rock w pobliżu Sligo

dooney rock 104

Kiedy opatrzy mi się wiejska plaża, mewy, kraby, wodorosty, wydmy i morskie fale, wtedy zgarniam rodzinę na spacer w inne, choć równie piękne okoliczności przyrody. Nad brzeg jeziora, do lasu, gdzie dęby, świerki, cisy, sitowie tworzące szuwary, czaple, łabędzie i niemal gładka tafla spokojnej wody z lekką mgiełką unoszącą się tuż nad nią.

Dooney Rock to kolejne miejsce na literackiej mapie krainy Yeatsa. Irlandzki noblista wspomniał je w uroczym wierszu The Fiddler of Dooney, czyniąc je obowiązkowym punktem dla miłośników twórczości poety, wędrujących jego śladami po hrabstwie Sligo.

Dooney Rock to niewielkie wzniesienie na brzegu jeziora Gill, który porasta wiekowy lasek. To uroczysko na skraju miasta, zaledwie kilka minut drogi od samego centrum. Wystarczy wyjechać drogą na południe (albo Pearse Road, albo N4) i zaraz za miastem skręcić w R287 (droga do Dromahair), minąć kościółek Św. Jana, dalej minąć zjazd do Holy Well (którą przy okazji też warto odwiedzić), by dotrzeć do celu. Miejsce jest dobrze oznaczone, znajduje się przy nim niewielki parking oraz tablice informacyjne.

Przejście wszystkim dróżkami nie zajmuje więcej niż 30 minut, ale jeśli zejdziecie ze ścieżki, jeśli przysiądziecie na powalonym pniu, jeśli zapatrzycie się na drugi brzeg jeziora, to nim się zorientujecie, godzina minie niespostrzeżenie. Wybraliśmy się w niedzielę rano i mieliśmy cały zakątek dla siebie. Turyści jeszcze spokojnie dojadali full Irish breakfast w hotelach i pensjonatach, okoliczni mieszkańcy szykowali się do kościoła, a nam zostawiano niczym niezmącony spokój zielonej oazy.

dooney rock 116

Króliczka początkowo była nadąsana, ale kiedy pozwoliliśmy jej biegać po lesie, gdzie chce, gdy zaczęła wspinać się na zbocza jarów, wypatrywać pająki i ślimaki, rozróżniać gatunki drzew i krzewów oraz bawić się z echem, nie chciała wracać do domu. Chomiczek miał zadziwienie wymalowane na buzi cały czas i tylko od czasu do czasu wołał głośno „wow!” lub „tam!”, pokazując paluszkiem wszelkie cudowności. Razem z tatą próbowali balansować na leżących gdzieniegdzie pniach.

Przez obiektyw aparatu mogłam przybliżyć się do obiektów migoczących na horyzoncie – próbowałam dojrzeć pozostałości po chacie Beezie Gallagher, która aż do swej tragicznej śmierci u schyłku 1949 r., mieszkała na niewielkiej Cottage Island, z ciekawością przypatrywałam się Church Island, która od strony jeziora gubi swój brzeg, zupełnie ukryty pod konarami siegającym tafli wody, powiodłam wzrokiem po budynkach St. Angela’s College i zatrzymałam się na wyznaczającym horyzont Benbulbenie. Spacerując, zadzierałam głowę, by dojrzeć czubki drzew i przekonać się, czy widać przez nie niebo. Zdałam sobie sprawę, że magii lasu, nawet takiego skrawka, nie da się ująć jednym kadrem, opisać jednym zdaniem. Trzeba się w niego zanurzyć, by poczuć wszystkim zmysłami jego atmosferę. Zapach butwiejących liści, dźwięk spadającej szyszki, wilgoć, która osiada na skórze, miękkość mchu pod dłonią. Wyjść z cienia ciężkich gałęzi ku jasnym brzegom jeziora. Chłonąć ciszę, przerywaną jedynie krzykiem porywającej się do lotu czapli. Przysiąść na ławce i pozwolić wyobraźni spotkać skrzypka z Dooney…

fiddler of dooney 01

 

 

 

Młode ziemniaczki z masłem i koperkiem, czyli lato zawitało do Irlandii

kartofelki 031

To już trzecie lato w tym roku – tak podsumowała rewelacyjną wiadomość moja siostra. Tym razem lato trwało całe 3 dni… Lipiec nad Atlantykiem zazwyczaj jest dość deszczowy, więc każdy przebłysk słońca, każdy ciepły, suchy dzień to święto do oznaczenia w kalendarzu. Bo kiedy przestaje padać, wioska zamienia się w raj.

Wtedy z wdzięcznością myślę, ile radości daje mieszkanie nad oceanem, w pobliżu pięknej, piaszczystej plaży otoczonej pasmem górskim. Góry nad samiutkim oceanem robią wrażenie nie mniejsze niż wysokie, strome klify. Korzystamy więc, ile można. Co tam obiad – po południu, a nawet wieczorem warto wyskoczyć, by pochlapać się w wodzie. Szum morza uspokaja, wycisza, a fale oblewające łydki działają jak najlepszy masaż, są naturalną hydroterapią. Chodzenie po piasku boso pobudza receptory i działa doskonale na mięśnie stóp – wystarczy 15 minut spaceru, by poczuć się bardziej zrelaksowanym i zadowolonym. Morskie powietrze również przyczynia się do poprawy naszego samopoczucia.

kartofelki 021

 

Lekka, krótka pianka to letni niezbędnik w naszej części wyspy – gdy przychodzi przypływ, przynosi ze sobą chłodniejszą wodę. Królisia w swoim „kostiumie” bryka po falach ku zazdrości brata, który brodząc ze mną wzdłuż brzegu, z tęsknotą wodzi wzrokiem za siostrą i tatą wychylającymi się spomiędzy fal. Muszę go mocno trzymać, bo najchętniej pobiegłby prosto w wodę.

kartofelki 030

Niezbędnik plażowy mamy zawsze spakowany, by móc się w 5 minut zebrać i ruszyć na plażę oddaloną 3 minuty drogi od naszego domu. Po powrocie nikt nie ma głowy do wyszukanych obiadów. Królisia woła oczywiście o szybki makaron – uwielbia sztandarowe danie polskich przedszkoli sprzed lat, czyli makaron z twarogiem, cukrem i cynamonem. Z okazji upałów – przedwczoraj było 25°C, co tutaj jest anomalią (!) – zafundowałam Królisi kolejny wakacyjny przysmak z Polski. Młode ziemniaczki z masłem i koperkiem! I kefirem dla pełni szczęścia.

kartofelki 025

Chomiś był wniebowzięty, Królisia przerażona. Malutka z niedowierzaniem słuchała, że jej matka przynajmniej raz w tygodniu w czasie wakacji jadała ziemniaki z masłem, a do tego było jeszcze jajko sadzone. – Przecież jajko sadzone je się na śniadanie! – zdumienie mojej małej Irlandki sięga zenitu za każdym razem, gdy wspominam, że w Polsce jajka sadzone serwuje się też do obiadu. Kiedy oboje z mężem rozpływaliśmy się w zachwytach nad kulinarnym wspomnieniem dzieciństwa, nasze starsze dziecko ze zbolałym wyrazem twarzy przełykała „te nudne ziemniaki”, pomstując na barbarzyńskie zwyczaje rodziców. Dobrze, że chociaż kefir jej smakował!

kartofelki 023

MŁODE ZIEMNIAKI Z MASŁEM I KOPERKIEM

  • 1 kg młodych ziemniaków
  • 1/3 kostki masła
  • sól
  • świeży koperek
  • kefir (lub zsiadłe mleko) do podania

Wymyte ziemniaki wkładamy do osolonej wody, zagotowujemy. Gotujemy ok. 15 – 20 minut (w zależności od rozmiaru i gatunku ziemniaków). Koperek siekamy. Masło roztapiamy na garnuszku. Ugotowane ziemniaki odcedzamy, większe kroimy na kawałki (uważając, by się nie poparzyć – najlepiej w rękawiczkach lub pomagając sobie szczypcami). Ziemniaki polewamy masłem, mieszamy delikatnie. Wykładamy na talerze, posypujemy koperkiem i podajemy od razu. Najsmaczniejsze z chłodnym kefirem.

kartofelki 022

Penne z mozzarellą

penne z mozarella 024

Mam wrażenie, że odkąd zaczęły się wakacje, stoję ciągle przy desce do krojenia, a przy tym nic nie gotuję. Maluchy jak te pisklęta w gnieździe ciągle wołają o jedzenie, a przy tym wybredne są jak francuskie pieski. Podtykam im smakołyki, połkną nieomalże z talerzem, a za moment sterczą przede mną z miną wygłodzonego psa. Gdzie im się to mieści? Co do Chomisia, to wiem gdzie mu się mieści – najczęściej pod kanapą, ale Króliczka wpycha w siebie gargantuiczne ilości, a chuda jest jak niteczka. Gdy nadchodzi już długo oczekiwana pora obiadu, Malutka jak mantrę powtarza życzenie, by na obiad był makaron.

Nieważne z czym, ważne, że będzie makaron. Jak tak dalej pójdzie, zmienię nazwę bloga na Tysiąc potraw z makaronu… Żartuję, na pewno nie będzie tak źle. Jeszcze niedawno chciała jeść tylko ryż, ostatnio wrócił makaron do łask, ciekawe co będzie następne?! W każdym razie wczoraj na odczepnego zrobiłam wyjątkowo banalne rurki z mozzarellą – właściwie jedyną fantazją jest tu zapieczenie na koniec w piekarniku, by utworzyła się taka skorupka z sera na wierzchu. Przygotowanie obiadu zredukowane do minimum, żeby móc się oddać innemu hobby, a mianowicie szyciu ubranek dla lalki.

strappy tank top 022

Królisia zażyczyła sobie koszulkę na ramiączkach dla Sii, więc trzeba było to życzenie zrealizować. Porządkowałam ostatnio garderobę dzieci – rosną jak na drożdżach – i znów wór za małych rzeczy stanął w korytarzu. Postanowiłam zrobić mały recycling i z pidżamki wycięłam plecy – starczyło akurat na koszulkę. Biała podkoszulka w niebieskie paski to element niezbędny latem dla każdej elegantki, nawet takiej co mierzy tylko  46 cm! Lala może teraz opalać ramiona i czekać cierpliwie, aż znajdę czas na uszycie jej spódniczki do kompletu…

strappy tank top 023

penne z mozarella 022

PENNE Z MOZZARELLĄ

  • 2 puszki podłużnych pomidorów w całości (400 g każda)
  • 4 łyżki oliwy
  • 2 łyżki posiekanej pietruszki lub bazylii
  • 2 kulki mozzarelli (125 g każda)
  • 150 g parmezanu
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz
  • 350 g makaronu penne rigate

Wstawiamy osoloną wodę na makaron. Mozzarellę kroimy w kostkę, parmezan ścieramy na dużych oczkach tarki. Piekarnik nagrzewamy do temp. 180°C.

Gdy woda zacznie się gotować, wrzucamy makaron, mieszamy i gotujemy ok. 9-10 minut (lub tyle, ile podaje instrukcja na opakowaniu). Do rondla wlewamy oliwę oraz pomidory, stawiamy na średnim ogniu i podgrzewamy, rozbijając pomidory drewnianą łyżką. Wrzucamy połowę porcji parmezanu, całą posiekaną zieleninę i przyprawiamy do smaku. Zagotowujemy i zdejmujemy z palnika.

Ugotowany makaron odcedzamy, a nastepnie przekładamy do żaroodpornego naczynia. Zalewamy sosem i dodajemy pokrojoną mozzarellę, mieszamy całość. Posypujemy pozostałym parmezanem i wstawiamy na 10 minut do piekarnika. Podajemy od razu.

penne z mozarella 023

(przepis Twiggy dla The Meat Free Monday Cookbook – zmieniłam tylko proporcje)

Lemoniada grejpfrutowa

woda 021

Kiedy nad atlantyckie wybrzeże Irlandii dociera fala upałów i temperatura na zewnątrz przekracza 20°C…

Przyzwyczaiłam się, chociaż 10 lat temu nie wierzyłam, że można się przyzwyczaić do irlandzkich temperatur. Dzisiaj chyba nie przeżyłabym polskiego lata z temperaturami szybującymi ponad trzydziestą kreską na skali termometru. Po pierwszym lecie spędzonym na zielonej wyspie spakowałam wszystkie sandałki i japonki do walizki i zabrałam je do Polski, bo stwierdziłam, że mi się tutaj nigdy nie przydadzą. Pierwsze klapki kupiłam dopiero, gdy spodziewałam się Króliczki, ale nie ze względu na rzekomy upał, lecz ze względu na łatwość wkładania i szerokość tego typu obuwia. Każda matka wie o czym mówię…

A jednak się przyzwyczaiłam, organizm zaakceptował umiarkowane temperatury i zimne wiatry od oceanu. Są też benefity wyspiarskiego klimatu – skóra nie jest narażona na ekstremalne warunki, więc się starzeje znacznie wolniej, mamy świeże powietrze a smog znamy tylko z doniesień w mediach, kwiaty w doniczkach kwitną mi do Bożego Narodzenia. Kiedy więc już przychodzi ten dwudziestostopniowy upał, robię jak wyspiarze lemoniadę z cytrusów, wrzucam do niej kostki lodu i czekam do późnego popołudnia, by wyjść z domu, bo wcześniej było za gorąco (żartuję)…

woda 024

woda 027

W międzyczasie zaś wróciłam do porzuconego hobby. Po sukcesie w konstruowaniu torebki komunijnej dla Królisi, poszłam za ciosem i uszyłam sukienkę dla lalki. Na rozgrzewkę wybrałam prosty wzór z wiązaniem na ramionach, ale sprawiło mi to tyle frajdy, że coś mi podpowiada, że w ciągu lata plastikowy rudzielec zyska całkiem sporą garderobę. Szczególnie, że Malutka już martwi się o kurtkę zimową dla lali. Sukienkę uszyłam ręcznie – nauka u mamy i babci nie poszła w las – ale rozważam kupno maszyny do szycia. Zielone światło od męża już dostałam…

woda 023

LEMONIADA GREJPFRUTOWA

  • 750 ml wody mineralnej lub przegotowanej i ostudzonej wody z kranu
  • 3 łyżeczki brązowego cukru
  • ½ pęczka bazylii
  • 2 różowe grejpfruty
  • ½ cytryny
  • lód

50 ml wody wlewamy do miseczki, wsypujemy cukier i mieszamy. Gdy się rozpuści, dodajemy listki bazylii. Listki lekko rozgniatamy (łyżeczką lub tłuczkiem moździerza), przykrywamy i odstawiamy do naciągnięcia w chłodne miejsce na 4 godziny.

Syrop przelewamy przez gęste sitko lub gazę do dzbanka. Wyciskamy sok z cytryny i grejpfrutów. Sok i wodę dolewamy do syropu, mieszamy. Przed podaniem wrzucamy kostki lodu.

woda 026

(wg „Kuchnia. Koktajle” wyd. specjalne 3/2017)

Bakłażany w pomidorach po włosku oraz o polowaniu na muchy…

polowanie028

Wreszcie ciepło, wreszcie słonecznie, wreszcie otwieramy okna okna i drzwi na oścież, by pozbyć się resztek zimowego powietrza z wszystkich kątów i napełnić dom zapachem pól, łąk, świeżo skoszonej trawy, upajających kwiatów i całej przyrody, która rozkwita jak szalona. A wraz z wiosennym zefirkiem do domu wpadają nieproszone, jedna za drugą, muchy utrapione. Małe, duże, te, co gryzą i te, co tylko jak głupie pod lampą się kręcą. Wszystkie brzęczące, brudzące i znienawidzone.

polowanie0222

Sezon polowań na muchy rozpoczął się na dobre! Wszystkie chwyty dozwolone, każdy broni się jak może. Nowocześni mają lampy wiatrakowe, gadżeciarze elektrofumigatory, higieniści spreje, tradycjonaliści eleganckie lepce, zwolennicy działań niekonwencjonalnych naklejki na szybach, leniwi siatki w oknach i drzwiach, a aktywni zestaw pacek na każdą okazję. Dwa ostatnie sposoby wykorzystujemy w naszym domu – siatka to rozwiązanie dla zmęczonych rodziców, a packi to świetna zabawa dla hiperaktywnych dzieci. Króliczka ma już takie doświadczenie, że niedawno w którymś ze sklepów wyszukała sobie packę z teleskopową rączką i bardzo giętką łapką na końcu, bo empirycznie dowiodła, że z twardszego plastiku łamią się podczas uderzania z impetem o ściany i okna. Trening czyni mistrza, a Malutka ćwiczy od lat szermierkę packą na owady, zaś hymnem wypraw przeciwko muchom jest wierszyk Brzechwy!

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
postukując swym jedynym obcasem,
a ze złości brunatny był cały,
bo go muchy okrutnie kąsały.

Tedy siadł uroczyście pod dębem
I rozkazał na alarm bić w bęben:
„Hej, grzyby, grzyby,
Przybywajcie do mojej siedziby,
Przybywajcie orężnymi pułkami,
Wyruszamy na wojnę z muchami”.

polowanie021

polowanie024

Dzielni wojownicy muszą się dobrze odżywiać, a słońce i pogoda skłania ku sięganiu po przepisy z południa Europy. Bakłażany w sosie pomidorowym z czerwonym winem i dużą ilością włoskich serów to uczta dla podniebienia. Do gotowania zużyjemy tylko lampkę wina, dlatego warto otworzyć butelkę dobrego trunku – resztę będziemy mieć na miły wieczór z ciekawym filmem. Pozostając w temacie polecam „Polowanie na muchy” Wajdy. Chociaż film jest sprzed blisko pół wieku, tematyka jest aktualna – to, co w filmie jest satyrą, dziś dla wielu może okazać się lustrzanym odbiciem.

Skarzanka Hanna;Skarzanka Ewa;Malanowicz Zygmunt;Braunek Malgorzata;

polowanie0225

BAKŁAŻANY W POMIDORACH PO WŁOSKU

  • 1 ½ kg bakłażanów
  • 4 ząbki czosnku
  • 2 puszki podłużnych, całych pomidorów (400 g każda)
  • 150 ml czerwonego wina
  • 2 kulki mozzarelli
  • 150 g parmezanu
  • 50 g bułki tartej
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • ½ łyżeczki cukru
  • pęczek świeżej bazylii
  • oliwa

Bakłażany kroimy wzdłuż na plastry grubości ok. 0,5 cm, posypujemy z dwóch stron solą, układamy w durszlaku i odstawiamy na pół godziny.

W międzyczasie obieramy i rozgniatamy czosnek, następnie rozgrzewamy oliwę w rondlu na średnim ogniu i wrzucamy czosnek. Smażymy minutę, wlewamy wino i pomidory. Zagotowujemy, rozgniatając przy tym pomidory o brzeg garnka. Mieszamy, zmniejszamy nieco ogień, dodajemy cukier, oregano i doprawiamy sola i pieprzem. Gotujemy na małym ogniu przez 40-45 minut, mieszając od czasu do czasu. Miksujemy sos ręcznym blenderem.

Gdy sos się gotuje, włączamy piekarnik i nagrzewamy do 160°C (z termoobiegiem). Płuczemy bakłażany i wycieramy papierem kuchennym. Na patelni rozgrzewamy oliwę na dużym ogniu, partiami smażymy plastry bakłażanów, odsączamy je następnie na kuchennym papierze.

Natłuszczamy oliwą naczynie żaroodporne. Smarujemy dno sosem pomidorowym, układamy warstwę bakłażanów. Mozzarellę kroimy w plasterki, a parmezan ścieramy na małych oczkach tarki. Na bakłażany wylewamy porcję sosu, posypujemy parmezanem, dajemy kilka plastrów mozzarelli i kilka listków bazylii, solimy i pieprzymy, a na koniec przykrywamy warstwą bakłażanów. Postępujemy tak, aż do wyczerpania składników, kończąc warstwą sosu. Na wierzchu wysypujemy bułkę tartką i resztkę parmezanu.

Pieczemy ok. 30 minut. Wyjmujemy i odstawiamy na 10 minut, dopiero potem kroimy ostrym nożem na porcje. Zapiekanką podajemy przybraną bazylią.

polowanie026

(wg „Easy Food”  April 2016 z moimi zmianami)
Kadr z filmu “Polowanie na muchy” ze zbiorów FN