Kalendarz adwentowy z rolek…

kalendarz-015

… po papierze toaletowym.

Króliczka ma cały wór rolek po papierze toaletowym, które swego czasu zbierałyśmy, żeby zrobić papierowy zamek… Zamku nie zrobiłyśmy, a rolki cierpliwie czekały na swój czas. Jak to mawia moja koleżanka – niech leży, jeść nie woła…

Miałam zamiar jej kupić kalendarz adwentowy, ale byłam znudzona tymi sklepowymi czekoladkami, których nie da się łatwo wyłuskać, a potem jeszcze trudno ustalić, co przedstawiają. Myślałam więc o ręcznie robionych czekoladkach z francuskiej cukierni, ale akurat na facebooku ktoś wrzucił zdjęcie kalendarza piwnego – puszki piwa powkładane w rolki, które zostały umocowane w kształt choinki. Przypomniał mi się też widziany u kogoś na blogu kalendarz z pudełek po zapałkach, które w ten sam sposób sklejono na kształt drzewka świątecznego. Połączyłam te dwa pomysły i skleciłam na szybko kalendarz dla Króliczki. Nie jest najpiękniej wykończony – naprawdę mógłby być bardziej dopracowany – ale za to powstał w ekspresowym tempie i przy minimalnym nakładzie środków.

Część prac robiłam w towarzystwie zainteresowanego dziecka, ale postraszyłam ją, że robię nam choinkę świąteczną, bo tak zagracony mamy dom ich zabawkami, że na żywą w tym roku miejsca nie będzie. Króliczka patrzyła wyjątkowo sceptycznie, a im bardziej rolki zaczynały przypominać choinkę, tym bardziej była przerażona, że to będzie naprawdę nasze drzewko. Kiedy wycinałam kółeczka, oświadczyłam, że robię bombki na naszą choinkę – tu już były prawie łzy w oczach, ale dzielnie zaproponowała, że może mi te białe kółka ozdobi, żeby ładniej to wyglądało. Zabrałam jej z oburzeniem, ale obiecałam, że dam jej gotową choinkę, jeśli przestanie mi przeszkadzać.

Prezenty udało mi się przemycić niezauważenie i bez kłamstwa – powiedziałam, że idę do apteki po maść dla Chomiczka i rzeczywiście tam po to poszłam, a dodatkowo kupiłam tam bzdety i bzdury, czyli drobiazgi, których nigdy bym nie kupiła mojej córce, a które ona zawsze bardzo chce mieć. Spożywczak jest po drodze, więc słodycze też się po kryjomu kupiły. Gdy o 18 poszła na próbę musicalu, zabrałam się za montowanie podarków. Mąż popatrzył sceptycznie: Nie ma szans, nie zdążysz przed ósmą. Wysłałam go siać defektyzm na piętro, ale i tak mi przeszkadzał: Nakarmisz małego? Zjesz ze mną kolację? Przyniesiesz mi krem z dołu? Naszykujesz Chomiczkowi pidżamkę? Sprawdzisz, czy przyniosłem małemu ręcznik? Za pięć ósma wiązałam ostatni cukierek, Mąż popatrzył i oznajmił: No! Wreszcie skończyłaś, to mogę iść po Króliczkę.

kalendarz-013

Gdy wrócili, pokazałam Malutkiej, że choinka gotowa czeka na nią. Przyglądała się zdziwiona, a z kuchni dobiegł komentarz: Powiedz jej, co to jest. Przecież ja gdybym nie wiedział, co robisz, to też bym się nie zorientował, co to ma być. Dzięki Mężu za wsparcie… Króliczka oczywiście wiedziała, co to ma być, ale była zaskoczona i… zachwycona. Fajnie być najlepszą mamą na świecie dla swojego dziecka!

W tym roku już za późno, żeby zrobić sobie taki kalendarz, ale to odpowiedni czas, by zacząć zbierać rolki po papierze na przyszły rok. Zamiast kalendarza, możecie też zrobić sobie samą choinkę do ozdoby – wygląda bardzo „studencko”.

kalendarz-011

Najważniejszy jest dobór rolek – muszą być tej samej wielkości, a wierzcie mi, każdy producent ma inny rozmiar; różnią się między sobą minimalnie, ale jednak się różnią. Poza tym muszą być to bardzo sztywne rolki, wykonane z porządnej, grubej tektury, żeby nie zgniotły jedne drugich, kiedy włożymy do nich podarunki. Rolki przed sklejeniem w choinkę można oczywiście pomalować lub okleić pięknym papierem, mnie gonił czas, więc pozostały nagie. Układamy je dla orientacji w choinkę, a następnie sklejamy poszczególne rzędy. Najwygodniej ustawić je pionowo, po kolei każdą smarować klejem uniwersalnym (takim i do papieru, i do metalu) i doklejać jedną do drugiej, dociskając. Jeżeli macie wrażenie, że rolki nie są zbyt mocno połączone, użyjcie zwykłych spinaczy na brzegach – przytrzymają rolki w miejscu na czas schnięcia kleju. Kiedy wszystkie rolki są już sklejone w rzędy, zostawiamy je, by klej wysechł.

Następnie zdejmujemy spinacze i przystępujemy do konstruowania choinki. Przyda się jedna zapasowa rolka, żeby zaznaczyć w którym miejscu mamy smarować klejem. Zaczynamy od najdłuższego rzędu, czyli spodu „zielonej” części choinki i mocujemy na nim kolejny „zielony” rząd. Zapasową rolkę układamy w miejscu, gdzie powinna trafić rolka z następnego rzędu i zaznaczamy miejsca styczności – w tych miejscach na całej długości rolki, będziemy smarować klejem. Pracujemy sprawnie, by klej nam nie wysechł – najpierw zaznaczamy miejsca wszystkich rolek, wszystkie smarujemy klejem, układamy kolejny rząd, dociskamy. Miejsca, które mają szanse się skleić, ale potrzebują przytrzymania, spinamy na brzegu spinaczami. Miejsca, które mimo wszystko się nie chcą połączyć, zostawiamy. Klej i tak będzie niewidoczny (można wcześniej przymierzyć i zaznaczyć te miejsce, by nie smarować niepotrzebnie klejem). Kontynuujemy, aż do ostatniej rolki. Gdy wyschnie klej, „zieloną” część naklejamy na trzy pozostałe rolki tworzące „pieniek” choinki.

Jeżeli macie zamiar ustawić choinkę luzem, nie pod ścianą, to jeszcze musicie zakleić tył. Odrysujcie kształt choinki na papierze, wytnijcie, przyklejcie (klejem smarujemy rolki, nie papier, żeby nam się prezenty do tej tylnej ścianki nie przyczepiły), odstawcie do wyschnięcia.

kalendarz-012

Napełnić rolki można już zapakowanymi prezentami – np. w pakunek z bibułki, którego dno wypchacie lub usztywnicie kółkiem z kartonika. Ja byłam pod presją czasową i również sposób „nadziewania” choinki pozostawia sporo do życzenia. Z kartonu wycięłam 24 kółka o średnicy o milimetr mniejszej niż średnica rolki. Linijkę i cyrkiel znajdziecie w piórniku dziecka (tylko odłóżcie potem na miejsce, bo będziecie mieć chryję o ruszanie cudzych rzeczy bez pytania…). Wycięte kółeczka przyklejałam klejem szkolnym (z dziecięcego plecaka) do… stron gazetki świątecznej Lidla sprzed dwóch lat. Odkładam sobie takie rzeczy, żeby właśnie później wyciąć z nich różne detale, a lidlowe są naprawdę dobrze zaprojektowane. Więc te wszystkie zielone gałązki, pomarańcze itd. to fragmenty ulotki reklamowej. Najlepiej przyklejać, patrząc pod światło – łatwiej wtedy ułożyć kartonik we właściwym miejscu… Gdy klej wyschnie, wycinamy. Gotowym kartonikom trzeba nakleić lub narysować numerki (zużyłam jakieś stare naklejki, pozostałe cyfry wycięłam z cen ze wspomnianej gazetki, kilka napisałam wodoodpornym cienkopisem).

Prezent trzeba jakoś wyłuskać. Sposób elegancki: doklejamy do spodniej strony kartonika zawinięty podarek oraz kawałek wstążeczki, którą formujemy w pętelkę i jej drugi koniec przyklejamy przy pierwszym. Sposób widoczny na zdjęciu: robimy dziurkę w kartoniku, przewlekamy złożony na pół sznurek (lub wstążeczkę), od spodniej strony zawiązujemy supełek, przytrzymując pętelkę po zewnętrznej stronie, na końcu sznurka przywiązujemy cukierki oraz drobne przedmioty (te których nie da się po prostu przywiązać, zawijamy w kawałek szmatki, folii, bibułki lub w cokolwiek innego i dopiero takie zawiniątko przywiązujemy sznurkiem. Prezenty wsuwamy w rolki – dzieciom, które nie znają jeszcze cyferek ułóżcie numerki kolejno, tym które znają zróbcie rozsypankę. Jak macie fantazję, to doczepcie na czubku gwiazdę! Gotową choinkę ustawcie na udekorowanym świątecznie parapecie lub tak jak ja – na nieudekorowanej półce nad kominkiem, gdzie szesnastomiesięczne maluchy nie dosięgają!

kalendarz-014

4 świece adwentowe

 

adwent-031

Stroik, a właściwie powinien być to wieniec, adwentowy to młoda tradycja, która przywędrowała do kościoła katolickiego z kościoła ewangelickiego. Taki wzorcowy wieniec adwentowy zrobiony jest z zimozielonych gałązek, na których mocuje się cztery świece – trzy fioletowe i jedną różową. Fioletowy jest liturgicznym kolorem na czas adwentu i symbolizuje pokutę, zaś ta różowa świeca, którą zapala się w 3 niedzielę jest kolorem radości. Kształt wieńca nawiązuje to idei wspólnoty, a zimozielone gałązki symbolizują życie wieczne. Czasami dokłada się w środek piątą świecę w kolorze białym, reprezentuje ona przyjście Jezusa na świat. Tak wygląda dekoracja w mojej irlandzkiej parafii, z tą różnicą, że świece stoją wpięte w specjalny świecznik, a nie w wieniec.

W mojej rodzinnej parafii, kiedy byłam dzieckiem, każdego roku wieszano ogromny, naprawdę potężny wieniec nad ołtarzem z czterema czerwonymi świecami. Tradycja ta minęła i w ubiegłym roku stanęły 4 spore lampiony (metalowe klatki z szybkami – na pewno wiecie, co mam na myśli, bo są one niezwykle popularnym elementem dekoracyjnym już od kilku dobrych lat) z czerwonymi świecami, a każdy ustawiono na posadzce na posłaniu z gałęzi iglaków. Moja Mama czasami przygotowywała niewielki wieniec, również decydując się na kolor czerwony.

 

adwent-033

Bardzo mi się podoba ten zwyczaj, bo wprowadza do domu świąteczną atmosferę , podobnie jak kalendarz adwentowy pokazuje zbliżanie się Świąt, ale w przeciwieństwie do popularnych kalendarzy-niespodzianek nie gubi sensu adwentu. Zawsze chciałam zrobić wieniec adwentowy i zawsze kończyło się na chceniu. W tym roku, nie mając zupełnie czasu, bo uganiam się po całym parterze za szukającym guza Chomiczkiem, który niedawno nauczył się chodzić, a najbardziej lubi uciekać na wstecznym…, więc w tym roku udało mi się zrealizować plan.

 

adwent-032

Zadanie zajęło mi całe 5 minut, bo postawiłam na prostą dekorację, a nie na wyszukaną kompozycję. W drodze ze szkoły ucięłam kilka gałązek świerka i tui, połączyłam stare świeczki z nowymi, tasiemkę miałam z odzysku (był nią obwiązany komplet ścierek, a ja zawsze odkładam do pudełka takie dodatki), a wszystko uzupełniłam orzechami laskowymi i migdałami. Cała aranżacja miała zostać umieszczona w wiklinowym koszyku w kształcie gwiazdy, niestety okazał się za mały. W koszyku są teraz pomarańcze, a za podstawę stroika posłużył mi mój ulubiony prostokątny talerz. Dekoracja ma niewielki rozmiar i pasuje do wnętrza domu. Najważniejsze jednak, że Królisi się podoba, bo zrobiłam ją z myślą o niej.

adwent-036

 

Pasta z wędzonej makreli (oraz o kradzieży naszego samochodu)

pasta z makreli 007

– Dzwonię po Gardę!  – Mąż gorączkował się od samego rana. – Samochód nam ukradziono! Że też się ktoś na naszą „krowę” (jak pieszczotliwie nazywamy następcę „złomka”) połasił, przecież stare to i blachę z tyłu ma niewyklepaną (to pozostałość po tym, jak kazałam Mężowi na wstecznym wjechać w szpaler krzaków, w którym, jak się okazało, był ukryty kamienny murek). Tylko fotelików samochodowych dla dzieci szkoda…

Zaniepokojona Króliczka przyczłapała ze smutną miną: – Nasz samochód, ja go tak lubiłam. Przecież w Grange nie ma złodziei. Nasz samochód, w moim ulubionym kolorze. Mój Garfield został w środku. Pocieszałam ją, że nic się nie stało i jak Garda nie znajdzie naszego auta, to kupimy nowe, też czerwone. – Ale na pewno czerwone, dobrze? – Na pewno czerwone, na pewno… Chomiczek jako jedyny był uszczęśliwiony, bo zobaczył rano Tatę, co się bardzo rzadko zdarza, bo Maluszek wstaje po jego wyjeździe do pracy.

Oficer z naszego posterunku zjawił się w minutę, koniec końców to mała wieś. Przywitał się, usiadł w kuchni i poprosił, by mu opowiedzieć, co się zdarzyło poprzedniej nocy.

Mąż zrelacjonował, jak to wrócił z pracy, wypakował zakupy z Lidla (te włoskie, co to były za pół ceny z okazji pokonania Włochów w mistrzostwach), zamknął samochód, wszedł do domu, zostawiając auto od frontu. Tyle.

– Ej, jeszcze potem byłeś w naszym sklepie, bo skąd te wiśnie na stole?! – poprawiam szybko Męża, a on otwiera szeroko oczy, patrzy zdumiony na Pata i zaczyna coś bełkotać pod nosem, że przecież wywoził do kontenerów za sklepem słoiki po ogórkach… Zaraz… Zaraz… Pobiegł świńskim galopem (jak to na Śląsku się goda) do sklepu (który jest po drugiej stronie drogi) i za chwilę widzę, jak czerwony pędzi z powrotem, pokazując mi kciukiem okey.

Wpadł do domu zawstydzony, Pat go pocieszał, że to się często zdarza i najważniejsze, że samochód się odnalazł. – Boże, ale ja już wysłałem wiadomość do pracy! – Powiesz im, że guards tak szybko auto odnaleźli – pożegnał się nasz posterunkowy i pojechał dalej. Tym sposobem poprawiliśmy statystyki wykrywalności sprawców przestępstw i odzyskiwania zrabowanego mienia. Pełny sukces przed 9 rano!

Jak się potem Mąż tłumaczył: – Tak się ucieszyłem, że kupiłem 2 kilo wiśni za 5 euro, że pobiegłem do domu i zapomniałem, że przyjechałem samochodem do sklepu… Nadal się z tego śmieję…

pasta z makreli 009

PASTA Z WĘDZONEJ MAKRELI

  • 2 wędzone filety z makreli
  • 2-3 łyżki majonezu
  • 2 ogórki małosolne
  • łyżka posiekanego koperku
  • łyżka posiekanego szczypiorku
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz

Z makreli usuwamy ewentualne ości, oddzielamy mięso od skóry i je rozdrabniamy (palcami, ale można widelcem). Przekładamy do miski. Ogórki kroimy w kosteczkę, wsypujemy do ryby wraz z posiekanymi ziołami. Uzupełniamy majonezem, mieszamy. Przyprawiamy solą i pieprzem. Odstawiamy na pół godziny zanim podamy (lub na dłużej, wtedy wstawiamy do lodówki).

pasta z makreli 005

Grzanki z wędzoną makrelą i przepiórczymi jajkami (oraz o wrogach…)

makrela rozmaryn 005

Teoria spiskowa Mojego Męża jest taka, że niby ja potrzebuję mieć wroga… Kogoś lub coś z czym będę mogła walczyć, snując podstępne plany zniszczenia go, których oczywiście nigdy nie zrealizuję. Gdyby jednak udało się wroga zneutralizować, to w mig muszę sobie znaleźć kolejny obiekt, gdyż nie mogę bez tego żyć.

Kim lub czym są moi wrogowie. Ano są to na przykład psie siuśki w mojej rabacie, niszczące rośliny skuteczniej niż RoundUp. Albo kupy tych samych psów zrobione do tej samej rabaty. Inni to palacze na placu zabaw. Kolejna grupa anonimowych wrogów to pijani wytaczający się z pubu za płotem i wrzeszczący mi pod oknami o północy. Kierowcy przejeżdżający na czerwonym świetle na przejściu przed szkołą Króliczki, a kolejni to miłośnicy palenia śmieciami w kominkach lub w ogródkach.

Snuję więc podstępne plany ogrodzenia rabatki metalowym płotkiem. Posyłam pełne wyrzutu spojrzenia w stronę palących matek, co najczęściej skutkuje tylko zabraniem własnych dzieci z placu zabaw. Ze złości na porykujących pijaków z przybytku zza płotem, namawiam usilnie Męża, by chodził do pubu za kościołem. Marzą mi się progi zwalniające co 10 metrów w okolicy szkoły i obowiązkowe filtry na kominach jako kara dla utylizujących śmieci w kominkach domowych.

Z innymi wrogami rozprawiam się sama – prowadzę aktywną krucjatę przeciwko ślimakom buszującym w doniczkach, poluję na muchy w kuchni, chodzę napominać młodzież urządzającą dyskotekę na podwórku o 12 w południe, a nawet przypilnowałam sąsiada, żeby usunął halloweenową dekorację w postaci martwej kawki zawieszonej na drzewie (w celu odstraszenia innych kawek)… Taka wojownicza myszka jestem.

A Mąż? Rozkłada ręcę, mówiąc, że nic na to nie poradzi. Dobitniej: -Przecież nie wystrzelam wszystkich psów w okolicy, nie wysadzę w powietrze pubu, nie położę się plackiem przed przejściem dla pieszych, a w ogóle to nie masz już czym się zajmować…?!

I tak sobie rozprawiamy nad wzorami kulturowymi i ich rozbieżnością w aspekcie normatywnym i behawioralnym. Bo niby wszyscy wiemy, jak żyć, by żyć dobrze, ale co zrobić, gdy żyjąc gorzej, czujemy się z tym lepiej?! Gotujemy jajka, opiekamy chleb i dochodzimy do wniosku, że nic się nie zmieniło od czasów starożytnych – kult Apolla i kult Dionizosa nijak zgodzić się nie mogą.

makrela rozmaryn 004

GRZANKI Z WĘDZONĄ MAKRELĄ, JAJKAMI PRZEPIÓRCZYMI I ROZMARYNEM

  • pieczywo (może być z poprzedniego dnia), wędzone filety z makreli, jajka (u nas przepiórcze), łyżeczka świeżego rozmarynu, masło, sól, świeżo zmielony pieprz

Pieczywo posmarowane masłem opiekamy (w piekarniku). Mięso makreli rozrywamy widelcem na cząstki, wkładamy do miski i podgrzewamy w mikrofalówce. Jajka przepiórcze gotujemy 2,5 minuty (na miękko) do 4 minut (na twardo), następnie zalewamy zimną wodą, by szybko przerwać proces gotowania. Rozmaryn siekamy.

Ugotowane jajka obieramy. Jeśli są na miękko – wkładamy do miski, wsypujemy rozmaryn i widelcem lekko rozgniatamy jajka, mieszamy, solimy i pieprzymy. Jajka ugotowane na twardo rozkrawamy na pół. Na opieczonym chlebie układamy jajka i makrelę. Pieprzymy, solimy, posypujemy rozmarynem.

Benbulben Motor Show 2016

ben motor show 015

Kolejna impreza plenerowa w mojej wsi. I ponownie skierowana do miłośników motoryzacji. Tym razem pokaz zabytkowych (mniej lub bardziej, a czasem i wcale) samochodów, motocykli a nawet kilku traktorów. Celem wydarzenia była zbiórka funduszy na rzecz naszego stowarzyszenia (Grange and Armada Development Association) oraz Sligo Bay Lifeboat Station (RNLI).

Plac przed Gilroy’s Tiles zapełniły wypielęgnowane cacka, błyszczące wypolerowaną karoserią i chromowanymi zderzakami. Pod maskami ginęli zainteresowani szczegółami technicznymi mężczyźni, dzieci ciągnęły matki w stronę budki z lodami, fotografowie prawie kładli się na ziemi, by ich obiektywy mogły stanąć oko w oko z tablicami rejestracyjnymi. W tej kwestii jestem zupełną ignorantką, bardziej pociągał mnie ogólny widok na zastałą sytuację, feria barw i powtarzalność elemantów, niż poszczególne modele same w sobie. Jeszcze większym ignorantem był tylko fotoreporter z lokalnej gazety, którego same pojazdy w ogóle nie interesowały, a ludzie, którzy chętnie kupią gazetę, jeśli znajdzie się w niej ich portret rodzinny.

ben motor show 022

Pogoda niemal do końca była piękna. Rozsiedliśmy się wygodnie pod markizą dosłownie u szczytu głównej alei wystawowej z widokiem na Benbulbena. Prawie jak królewska świta mieliśmy ogląd na całe show. Kawa w jednej dłoni, ulotki reklamujące festiwal (Celtic Fringe Fest) w drugiej, nogi przed siebie do słońca, muzyka przygrywała po prawej stronie, po lewej od wjazdu osłaniał nas słomiany galeon, szef udzielał wywiadu reporterce Irish TV, a reszta ekipy docinała sobie nawzajem – żartobliwie, w irlandzkim stylu.

Zabrałam ze sobą Chomiczka, w końcu chłopak powinien interesować się pojazdami mechanicznymi. Co tam się będzie dziecko bawiło zabaweczkami, niech się życia uczy od małego. Nie wiem, czy był zainteresowany samochodami, ale wszyscy podziwiali jego wielkopańskie maniery. Rozłożył się w wózku, ignorował otoczenie i wyglądał na zadowolonego z leniwego życia. Wiadomo – do czasu… Gdy się znudził nicnierobieniem, zdezerterowałam do domu.

Malutki miał wyczucie. Ledwo zamknęłam drzwi wejściowe, zaczęło robić się ciemno, a pięć minut później rozpętała się burza. Ale potem pachniało ozonem!

Sałatka z wędzoną makrelą, młodym bobem i burakami

makrela bob 005

Gorące lato dotarło do Irlandii, żeby zrekompensować nam brak wiosny. Słońce świeci bez przerwy, bo chmury zupełnie zniknęły z nieba. Nikt się tego nie spodziewał i niejedna osoba z żalem opuszczała wyspę na długi weekend. Pojechać na wakacje i przegapić ulotne, krótkie, irlandzkie lato?! Mąż poleciał z Króliczką na kilka dni do Polski, więc się lenimy z Chomiczkiem i korzystamy z pięknej pogody.

Zabieram go na popołudniową drzemkę do parku, lokujemy się w zakątku koło kamiennego mostu, na ławeczce przy zejściu do rzeki, gdzie akurat spływa ona wartko kaskadą. Woda bulgocze, ptaki świergotają, owady pobzykują, a ja jedną nogą odsuwam porozrzucane pety, a drugą bujam wózkiem, by Maluszek łagodnie odpłynął do krainy snu. Gdy zaśnie, wyjmuję książkę i pogrążam się w lekturze.

makrela bob 007

Dziś jednak moją uwagę przykuł pracownik „zieleni miejskiej”, który widłami przesypywał skoszone trawsko. Opalony, z napiętymi mięśniami i trzydniowym zarostem kręcił się po trawniku po drugiej stronie alejki. Książka leżała na ławce, bo akurat plotkowałam z Siostrzyczką przez Messengera. Wysyłałam jej zdjęcia śpiącego Chomiczka i licho mnie podkusiło, by zrobić zdjęcie przystojnemu panu z kosiarką i widłami. Chowając się za wózkiem Chomiczka, próbowałam złapać ostrość pseudoaparatem w telefonie. Nie wyszło mi za bardzo, ale trudno. Wystukuję pieczołowicie opis podglądanego, skoro zdjęcie do bani, gdy za plecami słyszę męski głos: – Excuse me!

Myślałam, że zapadnę się ze wstydu pod ziemię, gdy zobaczyłam przed sobą pana z widłami. Już kombinowałam, że będę się tłumaczyć, że to nie jemu, a tej pokracznej rzeźbie parkowej robiłam zdjęcie. A może tym cholernym żonkilom, co już ich nie ma, bo dawno przekwitły i właśnie skosił ich liście. – Przepraszam, ale będę musiał włączyć ponownie kosiarkę. Hałas może obudzić twoje dzieciątko. – Taaa… Ok… Już się wynoszę, dzięki…

Nawet nie wiedziałam, że tak szybko da się pchać wózek po trawniku…

makrela bob 004

SAŁATKA Z WĘDZONĄ MAKRELĄ, MŁODYM BOBEM I BURAKAMI

  • liście sałatowe
  • wędzone filety z makreli (1 na porcję)
  • ugotowane buraki (1 na porcję)
  • zielona cebulka (1/2 na porcję)
  • koperek
  • młody bób (3-4 strąki na porcję)

Sos chrzanowy:

  • 4 łyżki śmietany
  • sól
  • pieprz
  • 2 łyżeczki ostrego chrzanu
  • łyżka soku z cytryny (opcjonalnie)

Liście sałatowe myjemy, osuszamy i układamy na talerzach (większe rozrywamy palcami). Ugotowane i obrane buraki kroimy na plasterki (w Irlandii sprzedają ugotowane buraki w sklepach). Makrelę dzielimy na kawałki („na jeden kęs”) i układamy na talerzach wraz z burakami.

Bardzo młody bób można ugotować w strąkach i dopiero potem wyłuskać. Zagotowujemy wodę, wkładamy bób i gotujemy 3 minuty (wyłuskany) lub 5-6 minut strąki. Odcedzamy, płuczemy pod zimną wodą, następnie rozwieramy strąki i kciukiem wybieramy nasiona. Delikatnie odrywamy paznokciem osłonkę z każdego nasionka i wyłuskujemy zielony środek. Dodajemy do sałatki.

Opłukaną i osuszoną zieloną cebulkę oraz koperek kroimy, posypujemy nimi wierzch sałatki. Śmietanę mieszamy z chrzanem, doprawiamy solą i pieprzem. Sprawdzamy smak, ewentualnie dodajemy sok z cytryny (według uznania). Sosem polewamy sałatkę i podajemy.

makrela bob 006

Muffiny z rabarbarem i kruszonką (oraz o modzie i urodzie po irlandzku)

muffiny z rabarbarem 006

Zgrzeszyłam i mnie pokarało. Zgrzeszyłam, wyjadając dziecku Nutellę, a pokarało mnie kilkoma wypryskami i pryszczem na czole. Nie mogę jeść Nutelli i już, bo mi rujnuje cerę. Długo się oszukiwałam, że to wcale nie jest wina brązowego smarowidła, ale po wielu latach obserwacji, musiałam przyznać sama przed sobą, że jednak mi nie służy. Ale stało się, połasiłam się i mi obsypało twarz różowymi wykwitami.

Żeby nie pogarszać sprawy, darowałam sobie zamazywanie buzi kolorowymi kosmetykami i poszłam z dziećmi zupełnie sauté na plac zabaw. Idąc tam z malcem w wózku, ma się niemal stuprocentową pewność, że zostanie się otoczonym wianuszkiem innych matek niemowlaków. Już się przyzwyczaiłam i chyba byłabym rozczarowana, gdyby nie trafiła mi się rozmowa na temat zupek, kupek i pierwszych ząbków.

Siedzimy więc sobie w gronie mamusiek i nagle padają słowa, które rozbroiły mnie zupełnie: – Did you get chicken pox recently? Oniemiałam, dlaczego u licha miałabym dopiero co chorować na ospę?? Musiałam zrobić wyjątkowo głupią minę, bo nowo poznana matka rocznej dziewczynki wskazała efekt ostatniego obżarstwa na mojej twarzy jako powód do podejrzeń. Zapewniłam solennie, że zdrowa jestem jak rydz i nie musi martwić się o swoje dziecko. Okazało się, że właśnie jej dziecko niedawno miało ospę i tak jej się skojarzyło.

Wiecie, po czym poznaję, że mam do czynienia z Polką? Że zlustruje mnie od stóp do głów, jeszcze zanim się przywita. Irlandki zupełnie nie są zainteresowane wyglądem swojej rozmówczyni. Czy wyglądasz jak z żurnala, czy ostentacyjnie nie regulujesz brwi, czy kiwasz się na niebotycznych szpilkach, czy w biegu włożyłaś klapki męża, czy talię osy chowasz pod gruba bluzą, czy z wdziękiem prezentujesz w opiętych legginsach 40 kg nadwagi – nikt nawet nie mrugnie. Twoje życie, twoja sprawa. O swoich strojach i wyglądzie papla się tylko w gronie najbliższych przyjaciółek, a całemu światu nic do tego.

Świadomość, że mój wygląd należy tylko do mnie i że nie muszę od rana dusić się zapięta pod samą szyję, pomaga mi widzieć świat szerzej, pełniej i bardziej otwarcie. Nie kończy się on tam, gdzie kończy się rama lustra. Z lżejszym sercem pochłaniam też słodkie babeczki, od których na szczęście nie psuje się cera, przepraszam, chciałam powiedzieć, od których nie choruje się na ospę… Pozdrawiam – z ustami pełnymi rabarbarowego muffina – z kraju, gdzie nie dołącza się zdjęcia do CV.

muffiny z rabarbarem 005

MUFFINY Z RABARBAREM I KRUSZONKĄ

  • 175 g rabarbaru
  • 175 g drobnego cukru
  • 1 jajko
  • 125 ml maślanki
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 200 g mąki
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Kruszonka:

  • 50 g jasnego cukru muscovado
  • 50 g mąki
  • 25 g płatków owsianych
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 50 g masła

Piekarnik rozgrzewamy do 200°C. 12-dołkową formę na muffiny wykładamy papierowymi kokilkami.

Rabarbar myjemy, rozkrawamy wzdłuż i kroimy w kostkę. Przekładamy do dużej miski i zasypujemy cukrem. Mieszamy i odstawiamy na bok.

Następnie przygotowujemy kruszonkę: mąkę, cynamon, płatki owsiane i cukier wkładamy do średniej miski i dokładnie mieszamy. Muscovado czasami się bryluje, jeśli do opakowania dostanie się wilgoć – jeśli tak się stało, rozcieramy go palcami. Dodajemy pokrojone masło i wyrabiamy palcami, aż powstanie gruba kruszonka.

Do miski z rabarbarem wlewamy olej, rozbełtane jajko, ekstrakt waniliowy i maślankę, mieszamy. Mąkę przesiewamy wraz z proszkiem do pieczenia i sodą. Wsypujemy do miski z rabarbarem i szybko mieszamy. Przekładamy ciasto do kokilek, szybko posypujemy kruszonką i wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 15-18 minut. Po wyjęciu odstawiamy na 5 minut, a następnie wyjmujemy muffiny z formy i studzimy na kratce.

muffiny z rabarbarem 004

(przepis „Good Food”, May 2011)

Wiosenne słodkości 2016