Wileńska zupa koperkowa

koperkowa 09

Paradoksalnie w dzisiejszych nowoczesnych czasach, gdy wszystkie prace ułatwiają nam zaawansowane technologicznie urządzenia, wcale nie zyskujemy na chwilach relaksu, a nawet musimy obcinać z obszarów, które niegdyś były uważane za święte!

Gdzie się podziały rodzinne obiady, które nawet w skromnych gospodarstwach były celebrowane z należytym szacunkiem, które zbierały wszystkich domowników wokół stołu i nie było miejsca na wymówkę od nich? Dzisiaj każdy wpada do domu, kiedy może, zjada coś na szybko i pędzi dalej. Dzieci kończą zajęcia w szkołach o różnych porach, a potem o najróżniejszych godzinach mają zajęcia dodatkowe, rodzice mają elastyczne godziny pracy, co oznacza, że albo stają się nieprzewidywalni, albo wcale ich nie ma.

Nie zmienię świata, który pędzi nie oglądając się na moje sentymenty. Organizuję kulinarnie tydzień według rozkładu jazdy domowników – trudno, jesli nie siadają razem do stołu, jedzą odgrzewane potrawki lub treściwe zupy gulaszowe. Niestety, gdy już uda nam się wspólnie zjeść, na ogół jest dość późno, by wciskać w siebie 3-daniowy obiad. Musimy zadowolić się głównym daniem, a na ciasto poczekać do weekendu. Nie jesteśmy wyjątkiem, tak wygląda sprawa obiadu u większości moich koleżanek. Prawdziwe, rodzinne obiady mają tylko niepracujący lub pracujący we własnym domu freelancerzy; cała reszta zatrudnionych na etacie spędza dzień poza domem, stołując się w coffee shopach, biurowej kuchni lub w zakładowych stołówkach.

Kiedy nachodzą mnie takie refleksje, przypomina się genialna scena z Czterdziestolatka – rozmowa wychowcy z uczniami klasy Jagody. Jeden z uczniów deklaruje tam chęć zostania zawodowym… rencistą, żeby mieć czas na spacery, kontemplowanie przyrody, czytanie książek. Trudno się z nim nie zgodzić. W innych okolicznościach byłby rentierem, a w tej sytuacji pozostaje mu zostać rencistą…

Wracając do kulinarnego wątku i zmierzając do celu… Przez zmianę rozmiaru obiadu i ograniczenie jego czasu do jednego, ale solidnego dania, prawie w zapomnieniu są zupy, po których nadal mamy ochotę jeść. Zupy, które tylko połechtają nasz żołądek, pobudzą do trawienia i zaostrzą apetyt na główne danie. Jeśli już trafia się rodzinny obiad z prawdziwego zdarzenia, na stół wędruje nieśmiertelny rosół. W moim rodzinnym domu rosół był synonimem niedzieli, bo nie było niedzieli bez rosołu. Pomidorową w tym układzie mogliśmy uznać za synonim poniedziałku…

Nie mam nic przeciwko rosołowi, ale powiem szczerze, obecnie rzadko spotykam dobry rosół. Podawany jest na wszystkich weselach – i zazwyczaj woła o pomstę do nieba. Mnie samej często szkoda czasu na nastawianie rosołu, bo wolę skupić się na pieczeni i wypiekach. Dlatego warto mieć w zapasie pomysły na zupy, które nie są tak wymagające, a z powodzeniem wypełnią nam lukę w menu. Właśnie taką zupą jest wileńska koperkowa. Lekkie jak chmurki lane kluseczki oraz znany jako lek na trawienie koperek są idealnym wstępem do biesiady. To naprawdę udany kompromis obiadowy!

koperkowa 08

WILEŃSKA ZUPA KOPERKOWA

  • 1 porcja włoszczyzny (u mnie 3 marchewki, 1 pasternak i 1 mała rzepa)
  • 2 jajka
  • 3-4 łyżki mąki
  • 4 łyżki posiekanego koperku
  • 1 łyżka masła
  • 120 g gęstej, kwaśnej śmietany
  • kilka listków laurowych
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • sól

W rondlu zagotowujemy 1 ½ l osolonej wody. Włoszczyznę myjemy, obieramy i wkładamy do gotującej się wody wraz z listkami laurowymi i zielem angielskim. Zmniejszamy temperaturę, przykrywamy i gotujemy wywar ok. 45 minut. Wywar przecedzamy do większego garnka.

Mąkę wsypujemy do dzbanka, dodajemy jajka i odrobinę wody. Roztrzepujemy na gładkie, rzadkie ciasto. Zagotowyjemy wywar warzywny i wlewamy do niego cienką strużką ciasto. Gdy kluski wypłyną, zdejmujemy zupę z ognia. Dodajemy masło, śmietanę i posiekany koperek. Krótko podgrzewamy razem.

(przepis z moimi zmianami wg Kulinarnego Atlasu Świata)
Advertisements