Kotlety jagnięce z marchewkami w klonowym karmelu

marchewki 23

Jak marchewka wygląda, każdy widzi… Wiedzieliście, że marchewki w zależności od odmiany mogą być nie tylko pomarańczowe, ale także białe, żółte lub fioletowe?! Człowiek uczy się całe życie. O tym, że marchewka może wywoływać jakiekolwiek emocje, dowiedziałam się od innych mam, a sprawa dotyczy zagadnienia, czy na pierwszy stały posiłek dziecka wybrać marchew świeżą czy ze słoiczka. Z tym gorącym problemem zetknęłam na długo po tym, jak moje dzieci zaczęły jeść coś więcej niż mleko, i do dziś wydaje mi się jednym z najbardziej absurdalnych, ale zajrzyjcie na jakiekolwiek forum dla młodych matek, a będziecie przecierać oczy ze zdumienia.

marchewki 21

Nie sądziłam, że marchewka może mnie czymś zaskoczyć, aż do wczoraj, gdy natknęłam się na maluchy pod wdzięczną nazwą „tęczowe marchewki”. Oczami wyobraźni od razu zobaczyłam je właśnie w klonowym karmelu, więc śpiewając z zachwytu i podrygując rytmicznie, wzięłam od razu słuszną porcję. Króliczka i Chomiczek patrzyli na mnie podejrzliwie, chyba obawiając się, że rodzicielce się pogorszyło. Biedne dzieci, nie pierwszy raz najadły się przeze mnie wstydu w sklepie… Żartuję! Malutka zawsze tańcuje w sklepie, w końcu cały czas gra tam muzyka.

Do moich marchewek wymyśliłam sobie kotlety jagnięce, ale kotlety ze schabu również się nadadzą. Ponieważ królową obiadu w tym zestawie jest jarzyna, mięso usmażyłam sauté – bez niczego, bez żadnych dodatków, marynat czy panierek. I to jest właśnie największym zaskoczeniem – podajecie na oko niepozorny obiad, a okazuje się, że odkłamaliście duszoną marchewkę. Nie znoszę tradycyjnej („przedszkolnej”) marchewki z groszkiem, a wersja bez groszku, to już kojarzy mi się tylko z dietą dla osób z chorym żołądkiem. Za to karotka z syropem klonowym… Niebo w gębie! Nie unikniecie grzechu łakomstwa, obiecuję!

marchewki 24

KOTLETY JAGNIĘCE Z MARCHEWKAMI W KLONOWYM KARMELU

  • 8 kotletów jagnięcych
  • 600 g młodych marchewek
  • 3 łyżki masła w temp. pokojowej
  • ¼ szklanki syropu klonowego
  • ½ łyżeczki brązowego cukru
  • puree ziemniaczane: ziemniaki, trochę mleka i łyżka masła
  • sól

Ziemniaki myjemy, obieramy, zalewamy wodą, solimy i gotujemy do miękkości. Marchewki dokładnie myjemy, osuszamy, kroimy w plasterki i gotujemy kilka minut (na półtwardo). Odcedzamy marchewki, dodajemy masło, syrop klonowy i cukier, mieszamy, aż masło się stopi, a następnie dusimy, aż sos się skarmelizuje.

Kotlety smażymy sauté: zaczynamy od obsmażenia tłuszczu (stawiając kotlety razem, pionowo), a następnie smażymy z każdej strony po 3-4 minuty.

Ugotowane ziemniaki odcedzamy, dodajemy łyżkę masła i trochę mleka, a następnie ubijamy na gładkie puree.

Ziemniaki nakładamy gałkownicą do lodów, aranżujemy kotlety, opierając je o ziemniaki, na końcu wykładamy marchewki. Garnirujemy zieleniną.

marchewki 22

(pomysł na marchewki z Kulinarnego Atlasu Świata)
Advertisements

Czerwone curry z jagnięciny

curry z jagnięciny 22

Nazbierało mi się sporo egzotycznych produktów – sos rybny, pasty curry, ocet ryżowy, makarony soba i udon, puszki mleka kokosowego, pędów bambusa, kasztanów wodnych i kiełków fasoli mung, ryże przeróżne – i teraz muszę to wszystko zużyć… Wyglada na to, że sezon azjatycki jeszcze trochę tutaj potrwa.

Bardzo lubię kuchnię Dalekiego Wschodu w wydaniu fusion, czyli będącą mieszanką różnych kuchni, zupełnie pozbawioną szacunku dla uświęconej tradycji. Często podkreślam, że nie jestem kulinarną tradycjonalistką. Nie ograniczam się do potraw znanych z dzieciństwa, a inspirując się geograficznie odległymi smakami, nie trzymam się ich klasycznej wersji. Próbuję najbardziej oryginalnej wersji, a potem dryfuję w rozmaitych kierunkach. Im dalej sięgam, tym mniejszą mam pewność, że to, co właśnie czeka na mnie na talerzu, jest dokładną kopią pierwowzoru. Najważniejszy jest smak, więc filtruję wszystko przez moje europejskie podniebienie. Nie może też być zbyt ostro, bo nie jesteśmy do ostrego przyzwyczajeni od dzieciństwa, dlatego moje potrawy są tylko lekko pikantne.

Jeżeli macie podobne odczucia, śmiało zaopatrzcie się na stoisku azjatyckim w najbliższym supermarkecie. Kiedyś zaopatrzylibyście się we wszystko w sklepie kolonialnym, ale obecnie sklepy pod tą nazwą oferują co najwyżej kawę i herbatę. Tak na marginesie – wiecie jakim rozczarowaniem była dla mnie lektura Sklepów cynamonowych Schulza. Byłam święcie przekonana, że za tym tytułem skrywają się sklepy kolonialne, składy pełne aromatycznych przypraw, egzotycznych towarów, które rozbudzają wyobraźnię marzeniami o dalekich podróżach. A tu klops – sklepy owszem były, ale cynamonowe, bo wyłożone wewnątrz brązową boazerią, pełne osobliwości, ale poszukiwanych bardziej przez alchemików niż kucharzy… Korzenie Mandragory, homunculusy i żywe bazyliszki…

Z pełną szafką orientalnych przypraw można eksperymentować z potrawami. Ostatnio zajadaliśmy się czerwonym curry z jagnięciny. Mięso, zioła, cebula i czosnek lokalne, egzotyczne dodatki prosto z Tajlandii, tylko pochodzenia limonki nie udało mi się ustalić – w sklepie owoce przekładane są z kartonów, w których przyjechały do Grange, do eleganckich skrzynek wyłożonych workami jutowymi. W sumie to mało ważne, bo curry wyszło obłędne!

curry z jagnięciny 23

CZERWONE CURRY Z JAGNIĘCINY

  • 500 g jagnięciny z udźca, bez kości
  • 1 duża cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki tajskiej, czerwonej pasty curry
  • 200 g mleka kokosowego (pół puszki)
  • 1 łyżka miałkiego brązowego cukru
  • 125 ml wywaru mięsnego (np. wołowego lub jagnięcego)
  • 1 łyżka tajskiego sosu rybnego
  • 2 łyżki soku z limonki
  • 1 puszka kasztanów wodnych (227 g)
  • 2 łyżki posiekanej bazylii
  • 2 łyżki posiekanej kolendry
  • sól
  • świeżo zmielony pieprz
  • ryż jaśminowy

Mięso obkrawamy z nadmiaru tłuszczu i przerostów, kroimy w kostkę (ok. 3 cm). Cebule obierami i kroimy w plasterki. Czosnek obieramy i przeciskamy przez praskę. Rozgrzewamy olej na dużej patelni. Smażymy cebulę i czosnek przez 2-3 minuty, a następnie dodajemy mięso. Smażymy, aż zbrązowieje ze wszystkich stron.

Dodajemy pastę curry, mieszamy i chwilę smażymy, zanim dodlejemy mleko kokosowe i wsypiemy cukier. Następnie wszystko mieszamy, zagotowujemy, zmniejszamy ogień, przykrywamy i gotujemy, aż mięso zacznie mięknąć (ok. 20-25 minut).

Wlewamy sos rybny, sok z limonki i bulion, gotujemy jeszcze ok. 15 minut. W międzyczasie gotujemy ryż na sypko. Gdy mięso jest miękkie, dodajemy odsączone z zalewy kasztany wodne oraz posiekane zioła i jeszcze podgrzewamy chwilę. Doprawiamy do smaku, jeżeli potrzeba. Podajemy z ryżem.

curry z jagnięciny 24
curry z jagnięciny 21
(przepis z moimi zmianami wg 1001 One Pot, Casseroles, Soups & Stews)

Węgierska zupa wiejska

zupa węgierska 24

Deszcz deszczem poganiany, kapuśniaczki i ulewy, ciemności egipskie w samo południe… Czyżby był to już koniec lata? Jeszcze jest ciepło, ale słońce coraz wcześniej chowa się za horyzontem. Królisia odlicza dni do rozpoczęcia roku szkolnego, sto razy obejrzała już słowniki i atlasy, z niecierpliwością czeka na nowe mundurki, w międzyczasie zaczytując się powieściami Enid Blyton. Chomiczek ze zdziwieniem obserwuje, jak deszcz zmywa jego kredowe malunki na podwórku. Wystawiam dzieci wraz z całym ekwipunkiem na dwór, a za 15 minut słyszę rozpaczliwe: –Mamo! Pada!

W kuchni również zwrot ku solidniejszym potrawom. Poszukiwanie kulinarnego antidotum na nieprzychylną aurę. Równocześnie odgniam myśl o końcu wakacji. Już niedługo skończą się leniwe poranki, trzeba będzie znów gonić dziecko, by szybciej myła zęby i pakowała lunch do plecaka. Zacznie się surwiwal zadań domowych, wieczorne pędzenie na zajęcia dodatkowe. Skończy się oglądanie filmów do drugiej nad ranem. I okaże się, że w przeciwieństwie do córki, nie wyrobiłam planu wakacyjnych lektur.

Z drugiej strony nie było to zbyt udane lato, nie najgorsze, ale również mało owocne. Początek wakacji wytrącił nas z równowagi i do teraz nie wszystko wróciło na swoje miejsce, więc może dobrze, że ta nieszczególna kanikuła pomału dobiega końca. Moją porą roku jest jesień – kwitnące wrzosy, grusze i jabłonie uginające się pod ciężarem owoców, bursztynowe, płonące pod wieczór barwami drzewa…

zupa węgierska 23

WĘGIERSKA ZUPA WIEJSKA

  • 700 g kiszonej kapusty
  • 125 g wędzonego boczku
  • 1 duża cebula
  • 150 g wędzonej kiełbasy
  • 200 g gęstej, kwaśnej śmietany
  • 1 łyżka mąki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
  • świeżo zmielony pieprz
  • natka pietruszki do przybrania

Kapustę wkładamy do 5-litrowego garnka, zalewamy 2 litrami wody i zagotowujemy. Boczek kroimy w kostkę i smażymy na suchej patelni. Boczek wraz z wytopionym tłuszczem dodajemy do kapusty.Cebulę i czosnek obieramy, drobno kroimy i dokładamy do zupy. Gotujemy na małym ogniu, aż kapusta będzie zupełnie miękka. Kiełbasę kroimy na plasterki i dodajemy do zupy pod koniec gotowania. Przyprawiamy zupę pieprzem i papryką. Śmietanę mieszamy z mąką, hartujemy kilkoma łyżkami zupy, po czym wlewamy do garnka i dokładnie mieszamy. Zagotowujemy, mieszając. Rozlewamy do talerzy, posypujemy natką i podajemy z pieczywem.

zupa węgierska 22

zupa węgierska 21

(przepis wg Kulinarnego atlasu świata z moimi zmianami)

Irlandzki chleb z kminkiem

chleb z kminkiem 21

Irlandzki chleb z kminkiem różni się zasadniczo od zwykłego irlandzkiego chleba tym, że zawiera… kminek. Wielkie mi mecyje powiecie, ale wierzcie mi, jeśli kogolwiek w Irlandii zapytacie o chleb z kminkiem, spotkacie się ze zdziwieniem. Kminek nie należy do najpopularniejszych przypraw, a tradycyjnie był dodawany tylko do wybranych wypieków, które dziś niemal odeszły w zapomnienie.

Nawet Darina Allen* – ekspert w dziedzinie tradycyjnej kuchni irlandzkiej – uważała, że opinia, iż kminek w chlebie to irlandzka tradycja, jest wymysłem Amerykanów i długo nie potrafiła rozgryźć, skąd to ich przekonanie wynika. Jakież było jej zdziwienie, gdy podczas badań nad kuchnią irlandzką odkryła, że ten typ chleba rzeczywiście był popularny w Leitrim i Donegal, skąd musiał zawędrować wraz z imigrantami za Atlantyk.

Dodatkowa różnica, to obecność masła. Nie jest ono konieczne, ale sprawia, że posmak kminku jest wyraźniejszy, więc nie zrezygnuję z niego w tym przypadku. Moja rodzina stała się fanem tego chleba. Do tego stopnia, że robiąc listę sprawunków, Króliczka pyta dlaczego ma zapisać chleb, przecież mama piecze lepszy niż ze sklepu.

* por.: D. Allen, Irish Traditional Cooking, Gill & Macmillan, s. 245

chleb z kminkiem 23

chleb z kminkiem 24

IRLANDZKI CHLEB Z KMINKIEM

  • 450 g mąki
  • 1 kopiasta łyżeczka soli
  • 1 kopiasta łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżka cukru
  • 2 łyżeczki kminku
  • 55 g masła
  • 300 ml maślanki

Piekarnik nagrzewamy do 200°C (z termoobiegiem).

Mąkę wraz z solą i sodą przesiewamy do miski, dodajemy cukier oraz kminek, a następnie wszystko razem mieszamy. Dodajemy pokrojone w kostkę masło i wyrabiamy ciasto palcami. Robimy dołek i wlewamy większość maślanki. Jedną ręką zagniatamy ciasto, dodając w razie potrzeby jeszcze trochę maślanki, aż ciasto będzie odchodzić od miski. Ciasto powinno być miękkie, ale niezbyt wilgotne czy kleiste.

Przekładamy je na lekko oprószoną mąką stolnicę i ugniatamy jeszcze przez chwilkę, aż nabierze zgrabnego kształtu. Formujemy okrągły bochenek, wysoki na ok. 2 ½ cm. Na wierzchu nacinamy ciasto na krzyż. Przekładamy na blaszkę i wstawiamy na 15 minut do piekarnika. Następnie zmniejszamy temperaturę do 180°C i pieczemy jeszcze przez ok. 30 minut. Upieczony chleb daję głuchy dźwięk, gdy uderzy sie go od spodu. Chleb kroimy dopiero, gdy zupełnie ostygnie.

chleb z kminkiem 22

chleb z kminkiem 26

(przepis z książki Irish Traditional Cooking Dariny Allen)

Wileńska zupa koperkowa

koperkowa 09

Paradoksalnie w dzisiejszych nowoczesnych czasach, gdy wszystkie prace ułatwiają nam zaawansowane technologicznie urządzenia, wcale nie zyskujemy na chwilach relaksu, a nawet musimy obcinać z obszarów, które niegdyś były uważane za święte!

Gdzie się podziały rodzinne obiady, które nawet w skromnych gospodarstwach były celebrowane z należytym szacunkiem, które zbierały wszystkich domowników wokół stołu i nie było miejsca na wymówkę od nich? Dzisiaj każdy wpada do domu, kiedy może, zjada coś na szybko i pędzi dalej. Dzieci kończą zajęcia w szkołach o różnych porach, a potem o najróżniejszych godzinach mają zajęcia dodatkowe, rodzice mają elastyczne godziny pracy, co oznacza, że albo stają się nieprzewidywalni, albo wcale ich nie ma.

Nie zmienię świata, który pędzi nie oglądając się na moje sentymenty. Organizuję kulinarnie tydzień według rozkładu jazdy domowników – trudno, jesli nie siadają razem do stołu, jedzą odgrzewane potrawki lub treściwe zupy gulaszowe. Niestety, gdy już uda nam się wspólnie zjeść, na ogół jest dość późno, by wciskać w siebie 3-daniowy obiad. Musimy zadowolić się głównym daniem, a na ciasto poczekać do weekendu. Nie jesteśmy wyjątkiem, tak wygląda sprawa obiadu u większości moich koleżanek. Prawdziwe, rodzinne obiady mają tylko niepracujący lub pracujący we własnym domu freelancerzy; cała reszta zatrudnionych na etacie spędza dzień poza domem, stołując się w coffee shopach, biurowej kuchni lub w zakładowych stołówkach.

Kiedy nachodzą mnie takie refleksje, przypomina się genialna scena z Czterdziestolatka – rozmowa wychowcy z uczniami klasy Jagody. Jeden z uczniów deklaruje tam chęć zostania zawodowym… rencistą, żeby mieć czas na spacery, kontemplowanie przyrody, czytanie książek. Trudno się z nim nie zgodzić. W innych okolicznościach byłby rentierem, a w tej sytuacji pozostaje mu zostać rencistą…

Wracając do kulinarnego wątku i zmierzając do celu… Przez zmianę rozmiaru obiadu i ograniczenie jego czasu do jednego, ale solidnego dania, prawie w zapomnieniu są zupy, po których nadal mamy ochotę jeść. Zupy, które tylko połechtają nasz żołądek, pobudzą do trawienia i zaostrzą apetyt na główne danie. Jeśli już trafia się rodzinny obiad z prawdziwego zdarzenia, na stół wędruje nieśmiertelny rosół. W moim rodzinnym domu rosół był synonimem niedzieli, bo nie było niedzieli bez rosołu. Pomidorową w tym układzie mogliśmy uznać za synonim poniedziałku…

Nie mam nic przeciwko rosołowi, ale powiem szczerze, obecnie rzadko spotykam dobry rosół. Podawany jest na wszystkich weselach – i zazwyczaj woła o pomstę do nieba. Mnie samej często szkoda czasu na nastawianie rosołu, bo wolę skupić się na pieczeni i wypiekach. Dlatego warto mieć w zapasie pomysły na zupy, które nie są tak wymagające, a z powodzeniem wypełnią nam lukę w menu. Właśnie taką zupą jest wileńska koperkowa. Lekkie jak chmurki lane kluseczki oraz znany jako lek na trawienie koperek są idealnym wstępem do biesiady. To naprawdę udany kompromis obiadowy!

koperkowa 08

WILEŃSKA ZUPA KOPERKOWA

  • 1 porcja włoszczyzny (u mnie 3 marchewki, 1 pasternak i 1 mała rzepa)
  • 2 jajka
  • 3-4 łyżki mąki
  • 4 łyżki posiekanego koperku
  • 1 łyżka masła
  • 120 g gęstej, kwaśnej śmietany
  • kilka listków laurowych
  • kilka ziaren ziela angielskiego
  • sól

W rondlu zagotowujemy 1 ½ l osolonej wody. Włoszczyznę myjemy, obieramy i wkładamy do gotującej się wody wraz z listkami laurowymi i zielem angielskim. Zmniejszamy temperaturę, przykrywamy i gotujemy wywar ok. 45 minut. Wywar przecedzamy do większego garnka.

Mąkę wsypujemy do dzbanka, dodajemy jajka i odrobinę wody. Roztrzepujemy na gładkie, rzadkie ciasto. Zagotowyjemy wywar warzywny i wlewamy do niego cienką strużką ciasto. Gdy kluski wypłyną, zdejmujemy zupę z ognia. Dodajemy masło, śmietanę i posiekany koperek. Krótko podgrzewamy razem.

(przepis z moimi zmianami wg Kulinarnego Atlasu Świata)

Teriyaki z kurczaka

teriyaki 21

Kolejna potrawa inspirowana kuchnią Dalekiego Wschodu. Nie jest to wiernie odtworzone danie, ale wariacja na temat japońskiego teriyaki, czyli pieczenia mięsa w marynacie z sosu sojowego. Nietypowe dodatki to czosnek i sezam, które nie są szczególnie popularne w Kraju Kwitnącej Wiśni, a całościowo potrawa oderwana jest od japońskiej filozofii przygotowywania posiłków, której Europejczyk nie jest w stanie sobie przyswoić – nauczyć się jej oczywiście można, ale zrozumieć chyba jest niemożliwe.

Na studiach musieliśmy wybrać sobie kurs literatury obcej. Była literatura angielska, niemiecka, rosyjska, czeska i słowacka, francuska i literatura Dalekiego Wschodu. Namówiłam przyjaciółkę i zapisałyśmy się na ten ostatni kurs wraz z całkiem pokaźną grupą zakręconych bab. Trafił nam się najmilszy nauczyciel jakiego mogłyśmy sobie wymarzyć, który tak pięknie mówił po japońsku, że wzdychałyśmy z zachwytu. Malował pędzelkiem ideogramy, recytował haiku, opowiadał o swoich tokijskich przygodach.

Prawdopodobnie bez tych zajęć moja znajomość japońskiego piśmiennictwa ograniczyłaby się do twórczości Harukiego Murakamiego, którego smutne powieści cieszyły się wtedy wzięciem. Swoją drogą Murakami sporo pisze o jedzeniu – niekiedy podaje właściwie cały przepis, łącznie ze zmywaniem po obiedzie. Dzięki wykładom i ćwiczeniom mam jako takie pojęcie o historii literatury kraju samurajów oraz jej zrozumienie na najwyższym europejskim poziomie, czyli „wiem, że nic nie wiem”. Zamiast łamać sobie głowę i spalać się przez coś, co i tak mi umknie, skupiłam się na wpływie na literaturę europejską. Pracę magisterską pisałam o haiku… Grochowiaka. Tego, który lubił „z blachy twego kubka pić herbatę gorzką, pani”…

Takie jest też moje „japońskie” gotowanie – dotarło drogą okrężną przez Stany Zjednoczone, pomieszało się z innymi azjatyckimi kuchniami, doprawiło po europejsku, a japoński został tylko szkic, pomysł, ogólny zarys potrawy.

teriyaki 22

TERIYAKI Z KURCZAKA

  • 4 piersi z kurczaka
  • 1 cebula
  • 80 ml naturalnego miodu
  • 120 ml sosu sojowego
  • 60 ml octu ryżowego
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka sproszkowanego imbiru
  • 60 ml wody
  • 1 ½ łyżki skrobi kukurydzianej
  • 2 łyżeczki sezamu
  • 2 zielone cebulki
  • makaron soba
  • odrobina oleju

Piekarnik nagrzewamy do 200°C (z termoobiegiem). Naczynie żaroodporne smarujemy cienką warstwą oleju.

Kurczaka wkładamy do woreczka lub między dwie warstwy folii spożywczej. Przy pomocy tłuczka (lub wałka) rozbijamy lekko mięso. Kurczaka układamy w przygotowanym naczyniu. Cebulę obieramy i kroimy w cieniutkie plasterki. Rozkładamy ją na mięsie.

W misce mieszamy składniki marynaty – miód, sos sojowy, ocet ryżowy, przeciśnięte przez praskę ząbki czosnku oraz imbir. Mieszamy, aż dobrze się połączą. Marynatą zalewamy mięso. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na ok. 30 minut.

Makaron gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Zieloną cebulkę kroimy w piórka. Wyjmujemy z piekarnika naczynie z mięsem. Kurczaka kroimy w plastry, odkładamy wraz z cebulą na talerz (lub bezpośrednio na porcje makoronu).

Marynatę z pieczenia zlewamy do rondelka. Skrobię rozrabiamy z wodą, wlewamy do sosu i podgrzewamy na średnim ogniu, cały czas mieszając, przez 1-2 min. Gdy sos zgęstnieje, polewamy nim kurczaka. Dekorujemy zieloną cebulką oraz sezamem. Teriyaki podajemy z makaronem soba.

teriyaki 23

(przepis wg „Easy Food” May 2016)

Gryczane muffiny z jeżynami

muffiny gryczane 023

Lubię ten moment, gdy w Irlandii zaczynają dojrzewać jeżyny. Dzieci ze spaceru wracają z buziami umorusanymi sokiem zerwanych po drodze dzikich owoców, których prawie nikt tu nie zbiera. Zapytałam znajomego, dlaczego nie zjada brambles , czyli dzikich jeżyn, które same rosną mu przy płocie. Podrapał się po głowie i wydukał, że jego mama kiedyś robiła z nich dżemy, ale on nie wie jak. – Jak chcesz, to je zbieraj, ja nie wiem, co z nich zrobić… Mnie dwa razy zachęcać nie trzeba!

muffiny gryczane 027

muffiny gryczane 022

Przy wiejskich dróżkach jeszcze nie ma ich tyle, by móc przynieść znaczącą ilość do domu, ale w sklepach są już tutejsze jeżyny, zamiast zamorskich. Jeżyny nadają się praktycznie do wszystkiego – pasują do serów pleśniowych (spróbujcie takich „koreczków”: ser brie, listek mięty i jeżyna!), do sałatek owocowych (np. schłodzony arbuz z jeżynami i listkami mięty) i do sałatek wytrawnych, do wszelkich wypieków i deserów na zimno, wychodzą z nich genialne dżemy i pyszne lody, a także bardzo zdrowe soki. Jeżyny naprawdę są mocno niedoceniane i niesłusznie przegrywają ze słodszymi malinami i truskawkami.

Dwa opakowania przeznaczyłam na najprostsze babeczki świata, czyli muffiny. Muffiny w ogóle najlepsze są ze świeżymi owocami, które balansują ich suchość swoją wilgocią. Przepis na gryczane bułeczki pochodzi z opakowania mąki (gotujecie czasami z przepisów na opakowaniach?), ale według zaleceń męża zrobiłam podwójną porcję, bo 6 muffinków to zdecydowanie za mało. Miał rację, sama od razu zjadłam dwie sztuki…

muffiny gryczane 020

MUFFINY GRYCZANE Z JEŻYNAMI

  • 200 g mąki gryczanej
  • 200 g miałkiego cukru
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 100 ml oleju
  • 100 ml mleka
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 250 g jeżyn

Piekarnik nagrzewamy do temp. 180°C (z termoobiegiem). 12-dołkową formę na muffiny wykładamy papierowymi kokilkami.

Mąkę gryczaną wraz z proszkiem do pieczenia przesiewamy do dużej miski, następnie wsypujemy cukier i mieszamy. Do dzbanka wlewawmy olej, mleko i ekstrakt z wanilii, nastepnie wbijamy jajka i wszystko dokładnie mieszamy trzepaczką. Zawartość dzbanka wlewamy do miski z mąką. Całość mieszamy. Wsypujemy umyte i osuszone jeżyny i mieszamy.

Ciastem napełniami kokilki, pilnując przy tym, żeby równo rozdzielić owoce, a następnie wstawiamy blachę do piekarnika i pieczemy przez 30 minut. Po wyjęciu odstawiamy na 5 minut, po czym wyjmujemy babeczki i studzimy na kratce.

muffiny gryczane 021