Być jak Emma, albo noc pod baldachimem w Enniscoe House

enniscoe 1Wrześniowym popołudniem roku pańskiego 2008, w strugach deszczu zalewającego nasz mały pojazd czterokołowy, szarpani przez wiatr i przeklinający pogodę, w jaką dane było nam udać się podróż, dotarliśmy do Enniscoe House, XVIII-wiecznej rezydencji położonej malowniczo (podobno) u stóp góry Nephin w hrabstwie Mayo. Piszę podobno, bo przy tej pogodzie trudno było stwierdzić, czy rzeczywiście w gęstych, czarnych chmurach kryje się jakaś góra.

enniscoe 2W okazałym hallu powitały nas wypchane głowy leśnych kreatur, ptactwo dumnie prezentujące swe martwe ogony oraz wystawka-akwarium ze spreparowanym szczupakiem, a dopiero po chwili Susan Kellett, właścicielka rezydencji. Wprowadziła nas do domu i przekazała w ręce swojego syna DJ-a. DJ, który na oko wyglądał na mojego rówieśnika, razem z mamą prowadzi hotel w wiekowej posiadłości swych przodków. Jak się później okazło, kelneruje przy obiedzie i świadczy usługi pokojowej i lokaja. Dla nas okazał się niezwykle cennym łącznikiem między współczesnym światem a powagą wiekowych murów Enniscoe House.

??????????001Nasz pokój w rzeczywistości był dwusypialniowym apartamentem z łazienką. W głównej, 30-metrowej sypialni, na szczególną uwagę zwracało wysoko ustawione łóżko z baldachimem oraz oryginalne szafy i komody. Zastanawialiśmy, czy szafa jest dekoracją, czy też służy przechowywaniu ubrań – straszliwe skrzypienie jej drzwi przekonało nas, że może lepiej pozostawić ją samą sobie. Na podłodze zaś rozesłany był piękny pastelowy dywan, gruby na dwa palce, w którym stopy się dosłownie zatapiały. Chodzenie po nim boso było przyjemnością porównywalną do chodzenia po ciepłym piasku i pewnie odbyłabym słuszny spacer wokół pokoju, gdyby nie chłód wypełniający całe domostwo. DJ pokazał nam elektryczny kaloryferek, ale zgodził się rozpalić słuszny ogień na kominku, by nasze jaśniepański pupy nie zamarzły w komnatach jego domu.

??????????Druga sypialnia była skromniejszych rozmiarów – ok. 20 m², za to zgromadzono w niej mnóstwo bibelotów. Na podłodze również pysznił się mięciuchny dywan, a umeblowanie skrzypiało, jak na wiekowe staruszki przystało. Ostatnim pomieszczeniem oddanym do naszej dyspozycji, była urocza łazienka. Pokój kapielowy urządzony w duchu epoki, z dyskretnie wkomponowanymi udogodnieniami, po ustawieniu na maksimum elektrycznego kaloryferka stał się najcieplejszą izbą apartamentu.

enniscoe 3Po przebraniu się do kolacji udaliśmy się do salonu i zalegliśmy na sofach w narożu. Miał to być sprytny pomysł, pozwalający na dyskretną obserwację pozostałych gości, tymczasem miejsce między oknami, z dala od kominka, było istną lodówką. Zerkając na wizerunki licznych przodków naszych gospodarzy, zastanawiałam się, jak wytrzymywali w tym niemożliwym do ogrzania domu. Tymczasem poproszono nas na kolację.

Jako młodzi małżonkowie dostaliśmy stolik w najbardziej intymnym miejscu jadalni, tuż przy oknie, za którym może i rozciągał się jakiś widok, ale było już zbyt ciemno, by cokolwiek dojrzeć. Na stole paliły się świece, DJ uwijał się obsługując gości. Nie pamiętam wszystkich dań, ale nigdy nie zapomnę najlepszej zupy grzybowej, jaką kiedykolwiek jadłam. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie miałam na talerzu lepszej. Również deser zachwycił moje podniebienie, a była to mocno alkoholowa szarlotka z mocno alkoholowym sosem brandy i lodami. Wino zamawialiśmy w ciemno, gdyż w Enniscoe podaje się wina sprowadzane specjalnie i wyłącznie na potrzeby rezydencji. Nie spróbujecie ich prawdopodobnie nigdzie indziej w promieniu 100 km. Zamówiona przez nas butelka kryła w sobie wyborny trunek. Doskonale zrównoważony, ale bogaty smak i wyrazisty aromat z miejsca podbił nasze podniebienia i, czule tuląc, zabraliśmy butelkę ze sobą do salonu, gdzie po kolacji podano kawę i herbatę.

Tym razem postanowiliśmy zająć strategiczne miejsca na osłoniętej parawanem sofie przy kominku. Grzejąc się przy radośnie buchających płomieniach, integrowaliśmy się z pozostałymi gośćmi. Poznaliśmy dwie amerykańskie turystki oraz starsze małżeństwo. Starsi państwo byli częstymi bywalcami Enniscoe House i pozostawali w przyjacielskich relacjach z właścicielką. Skupiliśmy więc naszą uwagę na DJ-u, który z racji wieku okazał się dla nas lepszym kompanem. Wśród biesiadników nie mogło zabraknąć psów gospodarzy, które wyciągnęły się przed kominkiem i leniwie spoglądały na zebrane towarzystwo.

Późnym wieczorem pożegnalismy miłe grono i udaliśmy się na spoczynek. Po kilku ewolucjach kaskaderskich udało mi się wślizgnąć pod starannie ułożoną pościel, to jest pod prześcieradło, które spowijało 3 grube koce, nakryte jeszcze grubszą żakardową kapą, na której ułożono pierzynę. Połowę poduszek musiałam wyrzucić z łoża, stwierdzając, że księżniczka ze mnie żadna, bo groch pod materacem mniej by mi zaszkodził niż nadmiar pierzyn.

????????????????????Poranek powitał nas chłodem i długo wyczekiwanym słońcem. Z prawdziwą radością otwieraliśmy okiennice i pozwalaliśmy, by odbiające się w tafli jeziora Conn poranne światło oślepiało nas swym blaskiem. Prawie spóźniliśmy się na śniadanie, przy którym asystowała nieznana nam dziewoja. Dziewczę przyniosło nam jajecznicę i tosty, ale po drodze wysprzątało kredens, na którym stały słoiczki pełne dżemów i miodu, płatki śniadaniowe i masło. Po nader skromnym śniadaniu, cóż – to była nasza wina, udaliśmy się na spacer.

??????????Nareszcie mogliśmy obejrzeć dom z każdej strony, a jest on ciekawy, gdyż powstał przez rozbudowę starszego budynku. Frontowa część została dobudowana w latach 1790-1798 do istniejącego już domu, który powstał między 1740-1750. Stara część jest trzypiętrowa, zaś nowa dwupiętrowa. Stąd sypialnie mieszczące się na tyłach domu są dużo niższe niż te od frontu. Rezydencja jest przykładem irlandzkiego stylu georgiańskiego, zaś mieszczący się za murami ogród został przeprojektowany w połowie XIX wieku w stylu wiktoriańskim. Enniscoe House jest unikatowym miejscem, gdyż nigdy nie popadło w ruinę, pozostając przez cały okres swej historii w rękach jednej rodziny. W przeszłości bywały lata lepsze i gorsze dla posiadłości, jednak jej właścieciele nigdy nie próbowali sprzedać domu i dbali o niego tyle, o ile było to możliwe. Współcześnie gospodarze mogą liczyć na wsparcie organizacji zajmujących się ochroną zabytków, a przekształcenie domu w maleńki hotel dla wysublimowanej (czytaj: zamożnej) klienteli daje zyski, które pozwalają na utrzymanie dworu.

007????????????????????Wracając do ogrodu, jak wspomniałam, mieści się on za murami. Walled garden jest popularnym rozwiązaniem na wyspach, dzięki któremu można rośliny uchronić od wiatru i mrozu. Pamiętacie na pewno Tajemniczy ogród… Pierwotnie mury miały ochraniać ogród przed dzikim zwierzem i intruzami, ale szybko odkryto, że otoczenie ścianami tworzy dobrą osłoną dla delikatnej roślinności.

??????????Jak każda posiadłość ziemska, także Enniscoe House miał porządne stajnie. Na tyle porządne, że przekształcono je obecnie w self-catering houses, czyli coś na kształt domku kempingowego, ale o wyższym standardzie. Na terenie Enniscoe znajduje się również miniaturowe muzeum (wstyd się przyznać, ale wielkością odpowiada Muzeum w Sligo), które organizuje pokazy i kursy tradycyjnego rękodzieła.

Nie skorzystaliśmy ze wszystkich atrakcji, jakie oferuje Enniscoe House, mimo wszystko uważam, że pobyt u Susan i DJ-a był niezwykłą przygodą, bo nie co dzień śpi się w zabytkowym łóżku i wdycha 300-letni kurz. Przebywanie w domu, który jest żywym muzeum, pozwala uciec od rzeczywistości, wyciszyć i spotkać ze sobą na nowo, w oderwaniu od codziennych spraw, od pędu współczesnego świata i od tysiąca problemów, które na takim odludziu wydają się zupełnie nieistotne. Nie przywieźliśmy zbyt wielu zdjęć, bo aparat fotograficzny zwyczajnie wydawał nam się nie na miejscu. Zrobiliśmy kilka w naszej sypialni oraz podczas spaceru. Pozostałe prezentowane pochodzą ze strony internetowej rezydencji.

Wyjeżdżając z Enniscoe rozmawialiśmy o poznanej parze, która swą jesień życia spędza, odwiedzając rozliczne manor house’y. Zgodziliśmy się, że podoba nam się ich styl życia, bo mieszkać na stałe w historycznym domostwie byśmy nie chcieli, ale od czasu do czasu chętnie cofnęlibyśmy się w czasie i przenieśli duchem do powieści Jane Austin.

11 thoughts on “Być jak Emma, albo noc pod baldachimem w Enniscoe House

  1. Pingback: Pieczarkowa zupa-krem | U stóp Benbulbena

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s